Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modlitwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modlitwa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 lutego 2011

Korzeń wiary

Nie warto zapominać w jakich okolicznościach nawróciło się do Boga. Ja prawie o tym zapomniałem. Pamiętam, że Bóg mówił do mnie bardzo wiele gdy będąc jeszcze katolikiem szykowałem się do przyjęcia bierzmowania. Wtedy też nawróciłem się się po raz pierwszy. Ale byłem całkiem sam ze swoją nową, maleńką wiarą - ani przyjaciół, ani kościoła, ani Biblii. Po miesiącu zacząłem się staczać i musiały minąć trzy lata zanim po raz kolejny dałem Bogu szanse.
Winorośl - słowa Boga na temat winorośli wówczas były tymi, które Bóg kładł mi na sercu. Pamiętam jak biegałem do spowiedzi co tydzień, żaliłem się księdzu, że moje życie chrześcijańskie jest poplątane, pełne grzechu i słabości... A ksiądz, tydzień po tygodniu zadawał mi jedną i tą samą pokutę: "Przeczytaj 15 rozdział ewangelii Jana!" Cóż... nie każdy ma tyle wyczucia aby przeczytać i postarać się zrozumieć. Ja wtedy nie miałem.
Wiecie co tam jest napisane? Że Jezus jest winoroślą w której my musimy trwać! Inaczej nasza wiara zwiędnie, będzie bezowocna. Tak się stało w moim przypadku. Nie wiedziałem co to znaczy trwać. I jak mogę trwać w kimś, kto zmarł prawie 2000 lat temu? Dziś wiem.
Jezus zostawił nam swoje nauki. Biblia jest ich pełna. Są w niej słowa nie tylko samego Mesjasza, ale i jego najbliższych uczniów. Czytanie ewangelii, studiowanie Jezusa, jego życia i nauki, jest jednym z elementów trwania w nim. Ale ważniejsza niż to, jest relacja. Ja wchodzę w relację, gdy się wyciszę. W samotności. Zamknięty na cztery spusty we własnym pokoju pragnę bliskości Boga. I gdy się modlę w samotności, on przychodzi. Mówi mi o ludziach, którzy leżą mu na sercu. Mówi o troskach. I mówi jak mam prowadzić swoje życie. A gdy potem wracam do codzienności, często tęsknię. I nic nie sprawia mi tyle radości, co obecność Boga.
Piszę o tym teraz, dlatego że znów tęsknię. Tak naprawdę miałem ostatnio niewiele czasu dla Boga. Jestem tak zalatany, że wolne chwile spędzam na "nic nie robieniu". Nie chce mi się modlić. Moje marzenia - te dobre - wydają się być takie odległe i nieosiągalne.
Dziś, poszwendałem się trochę po chrześcijańskich blogach. I pomyślałem, że muszę sobie przypomnieć jak to się wszystko zaczęło. Wiedziałem, że miało swój początek w 15 rozdziale ewangelii Jana. Wiedziałem, że będzie tam napisane coś o winorośli. Gdy to przeczytałem, łzy same cisnęły mi się do oczu. Przypomniałem sobie wszystko i... chyba znowu się nawróciłem.

Ja jestem prawdziwym szczepem winnym, a mój Ojciec jest tym, który uprawia winnicę.
On to właśnie odcina ode Mnie każdą odrośl nie przynoszącą owocu, każdą zaś, która owoc przynosi, oczyszcza, aby wydawała owoc jeszcze obfitszy.
Nauka, którą wam przekazałem, już uczyniła was czystymi.
Wytrwajcie tedy we Mnie do końca, to i Ja będę trwał w was. Jak latorośl niewszczepiona w winny krzew nie może sama przynosić owocu, tak też i wy, jeśli nie będziecie trwać we Mnie.
Ja jestem winnym krzewem, a wy latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity. Beze Mnie zaś nic nie możecie uczynić.
Ten, kto nie trwa we Mnie, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. Zbiera się ją i wrzuca do ognia, na spalenie.
Jeżeli wy będziecie trwać we Mnie, a moje słowa w was, to możecie prosić, o co zechcecie, a wszystko się wam stanie.

Ewangelia wg. św. Jana, rozdział 15, wersety od 1 do 7.

piątek, 7 maja 2010

Majówka

Wysiadając zza kierownicy zborowej Toyoty, poczułem jak schodzi ze mnie stres. Dowiozłem wszystkich bezpiecznie. Bez większych przygód i problemów. Było jeszcze przed południem gdy stanęliśmy przed niewielkim, białym budynkiem zboru. Od razu pomyślałem, że to ładny kościółek.

Zapisaliśmy się na konferencję i usiedliśmy w ławkach czekając aż Andrew Kane rozpocznie konferencję. Tematem miała być służba kobiet w kościele. Już podczas słuchania okazało się, że mam podobne poglądy na tą sprawę o nasz mówca. Kobiety powinny służyć – kościół musi przemyśleć raz jeszcze, co Duch Święty i Biblia ma na ten temat do powiedzenia. Przeanalizować wszystkie, dyskusyjne wersety i wyciągnąć wnioski, które są zgodne z wolą Boga.

Nie przyjechałem na tą konferencję dla głównego tematu. Po zakończonych tematach był czas na modlitwę. Wstałem z drżącym sercem jako jedna z osób, która potrzebuje modlitwy, duchowego odświeżenia. Nie czułem potrzeby wylania na mnie Ducha Świętego, czułem potrzebę bycia jednym z tych słabszych, potrzebujących prowadzenia, pokornych, uniżonych. Czekałem długo modląc się własnymi słowami. I zanim się doczekałem, Bóg przyszedł i powiedział mi wiele rzeczy osobiście.

Pokora miała być wyznacznikiem dla mojej postawy. Pokora, która nigdy nie będzie fałszywa, pełna lęku przed życiem i światem. Pragnąłem nigdy nie zapomnieć o tym, kim jestem w Nim i dzięki Niemu. Gdziekolwiek mnie pośle, dokądkolwiek pójdę, pokora będzie dobrym fundamentem dla relacji: ŁUK 18,9-14.

Miałem się wyzbyć trosk. Strach przed jutrem, przed brakiem środków do życia. Jestem Jego dzieckiem, Jego posłańcem. Nie zabraknie mi niczego jeśli będe się skupiał na tym, czego mam dokonać. On zadba o wszystko: MAT 6,19-34.

Miałem potem okazję porozmawiać z Andrew Kanem. Modlił się o nie i potwierdził mi abym się nie troszczył o moja przyszłość, rodzinę. Bóg będzie mi błogosławił w tej kwestii. A co do mojej ścieżki życiowej, zmiany służby... jeszcze nie teraz.

niedziela, 22 listopada 2009

Zapałka i zima

Zapałka otarła się iskrą o siarkę na pudełku i zapłonęła. Włożyłem ją do wnętrza latarni aby ogrzać mój mały pokój pomarańczowym światłem. Kocham takie światło. Kocham patrzeć jak mieni się w oknach mojej latarni morskiej – takiej małej, na świeczki, którą kupiłem w Kołobrzegu na wakacjach. Mój iMesh właśnie odpalił piosenkę Enyi pod tytułem „And Winter Came” a z otwartego okna popłynęło na moja twarz chłodne, przyjemne powietrze. Zgasiło ono tlącą się jeszcze zapałkę i orzeźwiło mą twarz. Poczułem się błogo. Już dawno nie odczułem czegoś takiego. Absolutny spokój i zero zmartwień... chociaż przez moment. Przymykając okno mimowolnie uniosłem oczy ku niebu. Chciałem podziękować Bogu za to uczucie. Za łaskę którą okazał mi dając życie. Tak wielu ludzi nie dostrzega że to łaska... zatroskani o siebie, o bliskich, o sprawy dnia dzisiejszego... przestraszeni agresją w domu, chłodem powietrza... Dlaczego ja nie potrafię odczuwać dziś niepokoju? Tak mi dobrze. I gdy tak patrzyłem w niebo, zostałem zahipnotyzowany przez magię gwiazd.

Jeszcze wczoraj byłem pełen zmartwień. Dziś jest mi głupio i zrozumiałem że mogłoby wydarzyć się wszystko! W końcu życie jest łaską. Trzeba je brać takim, jakim je dostaliśmy. Trzeba się nauczyć patrzeć na nie bożymi oczyma. Nie ważne czy martwimy się bo sami coś zrobiliśmy źle czy nie mamy wpływu na przyczynę bólu, który nas dotyka.

Modlę się za moją rodzinę, wiem że przeżywa teraz ciężkie chwile. Modlę się za moją ukochaną, wiem że coraz trudniej jej znosić napiętą atmosferę w domu. Modlę się o przyjaciela ze złamanym sercem. Modlę się dla nich o ukojenie... o błogość jaką ja przeżywam teraz.

Miałem wizję. Widziałem jak brudną i mokrą ziemię, pełną błota i śmieci przykryła warstwa białego i zimnego śniegu. A na wiosnę spod tego śniegu wybiły się kwiaty. I zaświeciło słońce.

Modlę się... o zimę.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Jego dobroć

Lęk, niepokój... czułem się perfidnie. Stojąc na nabożeństwie wśród ludzi, których kocham, czułem się źle. Wiedziałem że zwaliłem sprawę i że będę musiał z tym żyć. Modliłem się a łzy co chwila cisnęły mi się do oczu. Nie pozwalałem im płynąć. Stałem tak i modliłem się, przepraszałem, błagałem o wsparcie, pomoc.

Przez ostatni tydzień strącam dla ciebie gwiazdy – Jego obecność uspokoiła mnie. – Wiem że kochasz na nie patrzeć, kojarzą ci się ze spełnionymi marzeniami. A każda z nich jest również moim marzeniem i moją łzą. Paweł, kocham cię. Ty wybrałeś mnie, a Ja wybrałem ciebie. Nie bój się bo nigdy nie przestanę ci dobrze czynić.

Już nie byłem wstanie powstrzymać łez. A gdy popłynęły, szybko je otarłem, aby nikt nie widział.

czwartek, 11 czerwca 2009

Tęskniąc za Ojcem

Burza przeszła bokiem.
Siedziałem pod daszkiem trzymając w ręku kubek z herbatą i podziwiałem pioruny rozbłyskujące w oddali. Byłem smutny. Znów poczułem się samotnie. Znów zacząłem tęsknić do Boga. Prawie się popłakałem podziwiając błyski przechodzące po chmurach. Zacząłem się modlić...
„Panie, tak bardzo tęsknię. Czuję się tak jakbyś był daleko, jak ta burza, która rozbłyskuje na horyzoncie. Ja jestem tu, Ty jesteś tam. I nie wiem jak tam dojść. Nie wiem jak wrócić.”
Odpowiedziała mi cisza i pomruki grzmotów. Czekałem, tęskniłem. Myślałem o Kini, o moich wadach i samolubstwie, o dziadku, który przebywał pod nasza opieką, o Filadelfii i pracy dla Boga. Po chwili modliłem się dalej...
„Tak bardzo chciałbym abyś był ze mnie dumny, zadowolony ze mnie. Chciałbym robić coś naprawdę pożytecznego, coś co przyniesie Ci radość, coś z czego będziesz dumny. Chciałbym robić coś na miarę nadziei jaką ludzie we mnie pokładają. A tymczasem czuje się taki zagubiony, mały, oddalony od Ciebie...”
Znów nie było odpowiedzi. Tylko cisza, przemyślenia i burza. I to niesamowite uczucie... pokój mieszający się z tęsknotą. Patrzyłem na przyrodę, grzmoty, deszcz. Czułem powiew wiatru. A w tym wszystkim obecność... Jego obecność. Dalej się modliłem.
„Wszystko mi Ciebie przypomina, Panie. Grzmoty - Twoją potęgę, deszcze - Twoje odnowienie i oczyszczenie, wiatr - Twojego Ducha, świeżość w powietrzu - Twoją miłość. Jesteś taki cudowny jak aura po burzy. A ja w tym wszystkim czuję się... czuję że śmierdzę.”
Powiedziałem to w chwili w której do mych nozdrzy dotarł nieświeży zapach moich stóp. Bóg nie kazał mi dłużej czekać. Odpowiedział.
„Jesteś czysty. Twoje nogi są brudne bo ubrudziły się tym światem gdy szedłeś w złym kierunku. Przez błoto i brud. Pozwól że je obmyje... bo cała reszta jest czysta.” Przypomniałem sobie gdy Bóg dokładnie to samo mówił do św. Piotra tuż przed obmyciem jego stóp. Symbol służby, uniżenia... Bóg obmywający stopy tych, których wybrał do służby. Tych, którzy odpowiedzieli na wezwanie i poszli za nim. Wiedział że bez Jego pomocy nikt nie będzie wstanie dojść do nieba krocząc przez ten świat.
Odzyskałem spokój i ufność. Bóg chce mnie przygotować do czegoś. Muszę jeszcze trochę potęsknić i poczekać.

1 Było to przed Świętem Paschy. Jezus wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował.
2 W czasie wieczerzy, gdy diabeł już nakłonił serce Judasza Iskarioty syna Szymona, aby Go wydać,
3 wiedząc, że Ojciec dał Mu wszystko w ręce oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie,
4 wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło nim się przepasał.
5 Potem nalał wody do miednicy. I zaczął umywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany.
6 Podszedł więc do Szymona Piotra, a on rzekł do Niego: «Panie, Ty chcesz mi umyć nogi?»
7 Jezus mu odpowiedział: «Tego, co Ja czynię, ty teraz nie rozumiesz, ale później będziesz to wiedział».
8 Rzekł do Niego Piotr: «Nie, nigdy mi nie będziesz nóg umywał». Odpowiedział mu Jezus: «Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał udziału ze Mną».
9 Rzekł do Niego Szymon Piotr: «Panie, nie tylko nogi moje, ale i ręce, i głowę!».
10 Powiedział do niego Jezus: «Wykąpany potrzebuje tylko nogi sobie umyć, bo cały jest czysty. I wy jesteście czyści, ale nie wszyscy».


Ewangelia wg św. Jana, rozdział 13.

środa, 22 października 2008

Przebudzenie

Mój smutek stał się tak głęboki jak to tylko możliwe. Stojąc sam na stacji PKP w Otwocku, czekając na przedostatni tej nocy pociąg, popłakałem się. Nie obchodziło mnie czy ktoś to widzi czy nie. Łzy same płynęły.

Kilka minut wcześniej pożegnałem się z Moniką. Obydwoje byliśmy bardzo smutni. Doszliśmy do wniosku że budowanie jakiegokolwiek związku w obecnej sytuacji nie ma szans powodzenia.
Powiedziałem Monice, że po tym wszystkim najprawdopodobniej wrócę do swojego starego sposobu życia – znów będę bardziej zamknięty w sobie, wyalienowany, cichy. Tak jak było kilka miesięcy temu. Zanim Ją poznałem i otworzyłem się. Zanim Ona mnie otworzyła.
Żałowałem tych słów. Żałowałem ich ponieważ zasmuciły Ją bardzo. Sprawiły że się popłakała, zaczęła obwiniać. Modliłem się o Nią gdy wsadzałem Ją w pociąg do domu. Ale Jej serce było daleko od radości. Moje też... kto wie czy nie dalej.

Mój smutek pchnął mnie w ramiona Boga. Modliłem się od chwili gdy drzwi pociągu się zamknęły, do chwili gdy wszedłem własnego domu. Czyli ponad 45 minut.
Modliłem się na stacji, wyznając swoje grzechy, mówiąc że czuję się winny całej tej sytuacji. Że najchętniej wziąłbym cały ból Grześka, Moniki oraz Ich grzechy na siebie. Tylko żeby nie musieli już cierpieć z powodu całej tej sytuacji. Modliłem się o rozwiązanie, o pokój dla Nich. Nawet kosztem własnego pokoju i szczęścia. Modliłem się oto a jednocześnie w głębi serca wypłakiwałem się ze swojej nieudolności, ze swojego pragnienia aby być przy Niej. Mówiłem Bogu że pragnę być z Nią, ale to się nie liczy. Liczyło się dla mnie tylko Ich szczęście i pokój.
Gdy wsiadałem do pociągu, modliłem się dalej. Modliłem się o siłę aby przez to wszystko przejść, aby mimo bólu, zawsze się do Niej uśmiechać, być przyjacielem, którego pragnie.
Bóg dał mi wtedy werset z ewangelii św. Jana 16,21-23. Byłem w szoku! Zacząłem śmiać się przez łzy i mówić Mu: „Panie! Te wersety brzmią jak jakieś szyderstwo!”.
Gdy wyszedłem z pociągu w Celestynowie, modliłem się dalej. Słuchając piosenki „This Is Our God”. Modliłem się o szybkie uleczenie mojego serca. I żaliłem się że przecież nie pragnę rzeczy tak strasznie wielkiej. Że pragnę tylko poczuć się kochanym. Prawdziwie kochanym przez kobietę. Chcę aby Jego miłość została na mnie wylana w ten sposób. Myślałem wtedy że Bóg był daleko. Ale to była nieprawda.
Doszedłem na polanę niedaleko od mojego domu. Zamiast udać się prosto na kolację, zatrzymałem się tam, padłem na kolana i płacząc wzniosłem swoje ręce ku rozgwieżdżonemu niebu. Wielbiłem Boga. Dziękowałem Mu za tą całą sytuację. Powiedziałem że dalej chcę aby mnie prowadził. Przez każdą tego typu dolinę. Nie ważne ile będę musiał wycierpieć. Chciałem Mu służyć. Tylko służyć. Gdy skończyłem modlić się swoimi słowami, powiedziałem modlitwę pańską i zamilkłem, czekając na Jego słowo. Czekałem 30 sekund. Zapytałem: „Gdzie jesteś Panie?”. Odpowiedział: „Tuż obok Ciebie”. Uśmiechnąłem się lekko. Zapytałem znów: „Co chcesz mi powiedzieć?”. Poczułem jego miłość i w moim sercu zabrzmiała odpowiedź: „Twoja modlitwa została wysłuchana”. I odszedł.

Wracając do domu w moim sercu zrodziły się wątpliwości i pytania. Niby która modlitwa miała zostać wysłuchana? Przecież modliłem się momentami o dwie, zupełnie sprzeczne rzeczy! Czy to na pewno był Bóg? Ale to chyba normalne. Wątpliwości towarzyszą każdemu, kto wierzy.
Już ze swojego pokoju zadzwoniłem do Moniki. Chciałem się zapytać jak się czuje. Chciałem umówić się na rozmowę na Gadu-Gadu. Spotkaliśmy się tam po 22. Początek był oczywiście trudny i pod górę. Przeprosiłem Ją za moje słowa na stacji. Powiedziałem że mam w sobie wiele siły i ze pewnie nie zamknę się w sobie. Że wytrzymam. Nie pocieszyłem Jej wcale. W dodatku rozmawiała wtedy ze swoją koleżanką, która miała problemy. Mówiła też o tym że jest przytłoczona tym jak wiele osób zwraca się do Niej w problemach. Napisała pytanie: „Czemu tak wiele osób?”. Odpisałem zgodnie z objawieniem jakie otrzymałem od Pana: „Nadchodzi przebudzenie, Moniko. Diabeł będzie nas teraz bez przerwy atakował abyśmy tylko się poddali. I im więcej ataków przeżywamy, tym bardziej się obawia naszego namaszczenia”. Przez chwilę ekran milczał. Gdy zamigotała odpowiedź, poczułem że coś pęka. Odpisała: „Skopie mu tyłek!”. Zdziwiłem się: „Komu? Diabłu?”. Odpisała: „Tak! Paweł, choć nie damy się! Skopiemy mu tyłek za to co robi!”
Od tego momentu rozmowa poszła całkowicie innym torem. I obydwoje poczuliśmy w sobie mnóstwo siły. Zapragnęliśmy służyć razem. Służyć sobie i światu. Ramię w ramię walczyć o sprawy królestwa niebios. Poczuliśmy w sobie taką radość i chęć do pracy, jakiej dawno nie było w naszych sercach. Noc z ciężkiej i pełnej bólu zamieniła się w piękną.
A jednocześnie cały czas prowadziłem rozmowę z Martą – moja przyjaciółką z dawnych lat. Marta od dawna była zatwardziałą ateistką. Ale w ostatnich miesiącach Bóg zaczął coś w Niej zmieniać. Warownie nieufności, gniewu na Boga i strachu, zaczęły pękać. A ona sama chce teraz szukać Boga. Chce się do Niego zbliżyć i poznać jako źródło miłości, pokoju i wolności.

Gdy byłem już zbyt zmęczony aby wysiedzieć przed ekranem, pożegnałem się i wyłączyłem komputer. Idąc do łóżka nie potrafiłem przestać się modlić i dziękować Bogu za ten wieczór. Zacząłem tańczyć jak dziecko i wołać z wdzięcznością. A potem wszedłem do łóżka i zasnąłem.

I zaczęło się przebudzenie.

piątek, 15 sierpnia 2008

Kręgi na wodzie

Dziś grzmiało nad całą Polską. Burze nie ominęły też Celestynowa. A ja zawsze lubiłem modlić się w czasie burzy. Dzisiaj także ubrałem się w moją nową kurtkę i wyszedłem modlić się podczas wieczornej nawałnicy (naprawdę waliło dziś jak rzadko). Miałem cudowny czas. Od nauki pokory do uwielbienia. Cała modlitwa pańska i modlitwa na językach. A wokół mnie burza, deszcz i noc. Silne opady sprawiły że wokół mnie szybko zrobiła się jedna wielka kałuża (stałem pod daszkiem, blisko rynny). Jak lustro, potęgowała ona błyskające światło piorunów. I w trakcie tego uwielbienia moja dusza wręcz krzyknęła do Pana: „Nie boję się w Ciebie wierzyć!”. I zaraz potem potężny piorun rozdarł niebo i huknął jak jeszcze żaden tego wieczoru. Zadrżałem i skuliłem się a gdy huk minął, usłyszałem Jego głos: „Jesteś pewien że się nie boisz?” Przez głowę przemknęły mi wszystkie te chwile gdy bałem się służyć: od rozdawania ulotek, poprzez głoszenie słowa, do dyskusji z obcymi i znajomymi. Pewnie że się boję. Zawsze się bałem w pełni zaufać. Mam tylko nadzieję że kiedyś to się zmieni. Odpowiedziałem Mu: „No, może czasem się boję. Co mogę zrobić aby ten strach minął?” Odpowiedział mi chwilę później: „Spójrz w kałużę pod nogami. Znajdź tam swoje odbicie!” Nachyliłem się i zacząłem szukać. W świetle błyskających piorunów niczego nie mogłem dostrzec. Nawet gdy całe niebo jaśniało od błysków na moment, nie widziałem swojego odbicia. „Nie mogę się dostrzec, Panie.” Znów odpowiedział mi po chwili: „A co widzisz?” W miejsce na które patrzyłem co chwilę uderzała duża kropla deszczu spadająca z dziurawego daszku. Kropla tworzyła kręgi na wodzie. „Widzę kręgi na wodzie.” Bóg chciał żebym właśnie to dostrzegł. „Woda to Mój Duch.” Zamyśliłem się. „A co oznaczają kręgi?” Odpowiedział mi: „Nie pamiętasz? To ty w swoim wierszu pisałeś o kręgach.” Przypomniałem sobie od razu. Parę lat temu napisałem wiersz o tytule KRĘGI NA PIASKU. Był bardzo trudny do interpretacji. Wszyscy mieli z nim problem. Kręgi na piasku symbolizowały w nim wszystko to co robię dla swoich przyjaciół. Bóg kontynuował po chwili: „Mój Duch się porusza! Wykonuje w tym świecie wielką pracę. Świat się zmienia. Wsłuchaj się w rytm zmian i wykonuj pracę razem z Moim Duchem, a odwaga sama cię znajdzie!”

wtorek, 1 lipca 2008

Proroctwo czy głupota?

W czwartek 26 czerwca byłem gościem na obozie zorganizowanym przez Chrześcijańską Fundację Radość. Pojechałem tam dlatego, że część dzieciaków z mojej świetlicy była uczestnikami tego obozu.
Dosyć szybko przywitałem się ze wszystkimi znajomymi a zaraz potem był czas na wspólną kolację. Gdy tylko wszyscy zjedli zaczęła się społeczność wieczorna. Poszedłem szybkim krokiem na salę gdzie wszystko miało się odbywać i usiadłem pod ścianą gdy zespół kończył próbę.
– Pawle – usłyszałem jego głos. – Chcę abyś dziś prorokował.
Pogrążyłem się jeszcze głębiej w modlitwie i w oczekiwaniu na to, co Bóg chciał czynić tego dnia. Dzieciaki coraz gęściej przychodziły na salę. Część dobrowolnie, część broniąc się przed kolejną społecznością. Rozpoczęło się uwielbienie a ja tańcząc i klaszcząc w dłonie wsłuchiwałem się w to, co Bóg chciał dziś przekazać innym. I wtedy ujrzałem chłopaka w żółtej koszulce. Miał długie włosy i uwielbiał Pana trzymając dłonie wysoko w górze. Poczułem „impuls” i wiedziałem że jest on pierwszą osobą do której mam przemówić. Spytałem pana co mam mu przekazać.
– Spójrz na swoje nogi – powiedział. Wykonałem jego polecenie.
Na moich nogach były świeżo kupione sandały.
– Widzę sandały.
– I to mu powiesz: sandał.
Byłem w ciężkim szoku. Zwłaszcza że jak zwykle miałem wątpliwości czy to z Bogiem rozmawiam czy ze samym sobą. Prosiłem o proste potwierdzenie tego słowa. Poprosiłem abym miał okazję go poznać zaraz po społeczności.
Ale zanim społeczność się skończyła, był czas na zwiastowanie ewangelii. I po raz kolejny duch święty nas zaskoczył. Ponad 30 dzieciaków odpowiedziała na wezwanie a zaraz potem duża część z nich zaczęła płakać i wtulać się w swoich liderów. Bóg pokazał mi jeszcze trójkę dzieciaków do których miałem konkretne przesłanie. Przesłanie o miłości, odwadze i namaszczeniu. A gdy wszystko się skończyło i ludzie zaczęli wychodzić na korytarz, rozpętało się piekło. Mnóstwo dzieciaków (tych, które nie odpowiedziały na wezwanie) zaczęło szaleć i rozrabiać. Opiekunowie stwierdzili że tak ciężko jeszcze nie było. Porozmawiałem z paroma, pomogłem uspokoić bardziej hałaśliwych i porozmawiałem z grupą dziewczyn (świeżo nawróconych) o tym, co przeżyły tego wieczoru. A potem zacząłem wracać na salę w której wcześniej miało miejsce uwielbienie. Po drodze spotkałem tego chłopaka. Stał z moim znajomym: Mikem. On właśnie przedstawił nas sobie. Później, tuż przed wyjściem odnalazłem go i przekazałem słowo od Pana. Uśmiechnął się i uściskał mnie. Dzień później przekazał mi przez Krzyśka – naszego wspólnego znajomego – że to co mu przekazałem, bardzo mu pomogło.
Trudno wierzyć. Trudno mieć odwagę aby mówić niezrozumiałe dla nas rzeczy, aby nakładać na ludzi ręce i modlić się o uzdrowienie lub o cokolwiek innego. Ale warto. Naprawdę warto iść za głosem Pana i nie patrzeć na to, co myślą o tym inni.

niedziela, 22 czerwca 2008

Ekonomia, drzewo i Bóg

Egzamin z ekonomii był wciąż przede mną.
Stojąc tak na korytarzu IPSu wśród sporej grupki znajomych z uczelni nabierałem przekonania że nie jestem jedyną osobą, która nie radzi sobie z tym przedmiotem. Kiedyś to sprawiało że czułem się lepiej. Teraz nic nie dawało. Bylem trochę zdenerwowany i wystraszony. Mimo że całe wieczory spędzałem na nauce, nie czułem się pewnie. W końcu było to moje czwarte podejście do egzaminu. I było moją ostatnią szansą.
Postanowiłem się wyrwać na chwilę z grona przyjaciół, którzy ciągle powtarzali regułki i odkrywali coraz to nowe pokłady swojej niewiedzy. Założyłem słuchawki i ruszyłem na spacer wzdłuż korytarza. Mocny głos Alanis Morissette mnie uspokajał. Zawsze lubiłem silne, damskie głosy. Szczególnie w połączeniu z łagodną melodią. Poczułem się odprężony. I od razu zacząłem się modlić. Wbrew pozorom wcale nie rozmawiałem z Najwyższym o egzaminie i o zdenerwowaniu. Powiedziałem mu że tęsknię aby go zobaczyć. Aby z nim być.
Korytarz szybko się skończył. Zawróciłem i zacząłem iść w kierunku sali egzaminacyjnej. Tuż przed nią skręciłem na klatkę schodową. Wszedłem na półpiętro i spojrzałem przez okno, które było bardzo nisko – zaczynało się na wysokości mojego pasa i biegło w dół mijając schody. Opierając się o poręcz mogłem dostrzec tylko suchy, szary piach zalegający na podwórzu.
„Co widzisz?” ten Jego delikatny głos wypłynął gdzieś z wnętrza mojego serca. Uwielbiam czuć jak On do mnie przemawia.
- Widzę suchy piach na podwórzu.
Bardziej to pomyślałem niż powiedziałem. Ale on i tak usłyszał. ”Co jeszcze widzisz?”
Przypatrywałem się dłuższa chwilę gdy wreszcie dostrzegłem ruch. Był to cień drzewa, które rosło na podwórzu. Samego drzewa nie byłem wstanie zobaczyć z tej perspektywy. Odpowiedziałem Mu:
- Widzę cień drzewa.
Nie kazał mi długo czekać. Zaraz potem odpowiedział: ”Patrz uważnie. Co tam jeszcze widzisz?”
Chwilę trwało zanim dostrzegłem leżące na szarym piachu zielone liście. Były małe i ciężko było je zauważyć.
- Widzę liście. Dwa... nie trzy zielone liście!
„Dobrze. A teraz odsuń się dwa kroki od poręczy.” Wykonałem polecenie bez namysłu i moim oczom ukazało się drzewo stojące na dziedzińcu. Było pełne świeżych, zielonych liści. „Co teraz widzisz?”
- Drzewo. Zielone drzewo.
Wiedziałem że on właśnie wtedy się uśmiechnął. A zaraz potem powiedział mi to:
„Moje Królestwo w tym świecie jest dokładnie takie jak to drzewo. Niektórym dane jest oglądać tylko szary piach – pospolitość, która was otacza. Ale gdy w sercu człowieka zrodzi się pragnienie poszukiwania Królestwa, zacznie on dostrzegać jego cień. Gdy się zagłębi bardziej, zacznie dostrzegać pojedyncze zielone liście, które upadły na ten świat i nadały mu miejscami barw. Na końcu, gdy Ja pokieruję krokami człowieka, spojrzy on na wszystko z innej perspektywy i ujrzy cały ogrom zieleni, świeżości i piękna jaki jest w Moim Królestwie.”
Po chwili dodał:
„Wiem że tęsknisz. Ale przed tobą jeszcze długa droga.”


PS. Zdałem ten egzamin.

wtorek, 4 grudnia 2007

Siła modlitwy

Wieczór, 23 listopada.

Wczoraj zabrano Mariolkę i Monikę do Domu Dziecka. A dziś pojechałem zobaczyć co u niej słychać. Najpierw porozmawiałem z pracownikiem socjalnym oraz psychologiem – paniami, które opiekują się dziewczynkami. Wszyscy doszliśmy do wniosku że dobrze byłoby współpracować w celu jak najszybszego powrotu dziewczynek do domu. Spytałem czy mógłbym przywieźć do dziewczynek ich przyjaciółki ze świetlicy (Karolinkę i Anię). Niestety dostałem negatywną odpowiedź. Opiekunki doszły do wniosku, że lepiej aby Mariolka i Monika spróbowały się zaaklimatyzować w nowym miejscu. A na gości przyjdzie czas później. Nie nalegałem.

Później poszedłem do pokoju dziewczynek. Ku mojemu zadowoleniu, obie były uśmiechnięte i zadowolone. Cieszyły się że mają okazję odetchnąć od sytuacji w domu. Porozmawialiśmy chwilę o tym dlaczego tu trafiły, jak im się mieszka w nowym miejscu, jakich mają kolegów... cieszyłem się, że są zadowolone.

Później pojechałem na świetlicę. W krótkiej rozmowie z Anią i Karoliną, powiedziałem im że nie uda nam się dziś odwiedzić Mariolki. Były załamane. A po świetlicy zrobiliśmy sobie grupę. Najpierw porozmawialiśmy o tym, jaka jest przyczyna całej sytuacji. I doszliśmy do wspólnego wniosku że to, że spotyka nas w życiu coś złego jest winą innych ludzi lub naszej głupoty. A Bóg się nie wtrąca w nasze życie tak długo, jak długo tego nie chcemy. Potem zaproponowałem dziewczyną, że pojedziemy w trzy miejsca aby się pomodlić. Pierwszym miejscem miał być dom Mariolki i Moniki. Mieliśmy się tam pomodlić o rodziców dziewczynek i o szybkie naprawienie całej sytuacji rodzinnej. Drugim miejscem miał być sąd. Tam mieliśmy się modlić o panią kurator. Ostatnim miejscem miał być dom dziecka, gdzie mieliśmy się modlić o Mariolkę i Monikę. Dziewczyny były bardzo zachęcone. I zanim wyszliśmy do samochodu, chciały się pomodlić. Obie pomodliły się oto, aby miały możliwość zobaczyć Mariolę chociaż przez pięć minut.

Po jakiejś pół godzinie znaleźliśmy się pod domem dziecka. Wysiedliśmy z samochodu i poszliśmy pod drzwi – dziewczyny miały listy, które chciały przekazać wychowawcy. Najpierw wszedłem ja, aby z wychowawcą porozmawiać. Ku mojemu zdziwieniu ów człowiek zgodził się na piętnastominutowe spotkanie dziewczynek.

Gdy wychodziliśmy z domu dziecka (już po spotkaniu), dziewczyny zaczęły mi dziękować. Odpowiedziałem im że to przecież nie mnie prosiły o to spotkanie. I że to zasługa Pana Boga. Zaraz potem zaczęły dziękować Jemu w modlitwie.

Może myślisz że to zbieg okoliczności? Myśl co chcesz. Ale z takich zbiegów okoliczności składa się moje życie. I ja osobiście widzę w tym działanie mojego Ojca.