Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marzenia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Jego dobroć

Lęk, niepokój... czułem się perfidnie. Stojąc na nabożeństwie wśród ludzi, których kocham, czułem się źle. Wiedziałem że zwaliłem sprawę i że będę musiał z tym żyć. Modliłem się a łzy co chwila cisnęły mi się do oczu. Nie pozwalałem im płynąć. Stałem tak i modliłem się, przepraszałem, błagałem o wsparcie, pomoc.

Przez ostatni tydzień strącam dla ciebie gwiazdy – Jego obecność uspokoiła mnie. – Wiem że kochasz na nie patrzeć, kojarzą ci się ze spełnionymi marzeniami. A każda z nich jest również moim marzeniem i moją łzą. Paweł, kocham cię. Ty wybrałeś mnie, a Ja wybrałem ciebie. Nie bój się bo nigdy nie przestanę ci dobrze czynić.

Już nie byłem wstanie powstrzymać łez. A gdy popłynęły, szybko je otarłem, aby nikt nie widział.

środa, 26 listopada 2008

Zima, gwiazdy i marzenia

Ta zima jest chłodniejsza niż wszystkie.
Taka myśl przeszła przez moją głowę gdy uniosłem wzrok w kierunku rozgwieżdżonego nieba. Stałem oparty o maskę mojego nowego Suzuki Samurai, na środku polany. Zatrzymałem się tu aby pomodlić się w drodze powrotnej do domu. Byłem spokojny jak zawsze. I ja zawsze nie do końca szczęśliwy. Brakowało mi czegoś.

Gwiazdy błyskały na niebie jak szalone. Zupełnie jak dziecko zapragnąłem aby jedna z nich spadła z na ziemię. Aby rozjaśniła smugą całe niebo a potem z impetem uderzyła niedaleko ode mnie. Chciałbym potem pobiec w kierunku krateru i zobaczyć jak wygląda ta gwiazda. Marzyłem aby okazała się kobietą daną mi przez Boga – piękną, kochającą. I taką, która zawsze będzie przy mnie. Ale żadna gwiazda nie spadła. Jeszcze nie teraz...

Przypomniało mi się jak Bóg przemówił do mnie w ostatni weekend na zjeździe. Zanim dotarłem na uczelnię dostałem słowo z Księgi Kaznodziei Salomona (Eklezjastes) 3,1-15. Wszystko ma swój czas. I na pewne rzeczy trzeba po prostu poczekać. W przewie pomiędzy wykładami wybrałem się na chwilę do Bazyliki św. Krzyża (KRK tuż obok mojego wydziału). Szedłem tam ze złamanym sercem. Gdy wszedłem i stanąłem z tyłu, trochę w cieniu, akurat zaczęło się czytanie z Przypowieści Salomona 31,10-31. Znałem ten fragment i cytowałem go gdy kobieta za kazalnicą czytała kolejne wersety. Znałem go bo od dawna modliłem się o kogoś takiego jak kobieta opisana w tych wersetach. A gdy tylko czytanie się skończyło, odśpiewano Psalm 128 (też go znałem). Wszyscy katolicy stali niewzruszeni. A ja płakałem jak dziecko. Pan do mnie przemówił. Zapłakany ale pełen uwielbienia dla Boga, wyszedłem z bazyliki i wróciłem na uczelnię.

Wszystko ma swój czas...

wtorek, 14 października 2008

Marzenia

„Jeśli człowiek nie ma sprawy, za którą byłby gotów umrzeć, to tak naprawdę nie ma po co żyć.” To są słowa, które wywarły na mnie wielkie wrażenie. Przeczytałem je w książce Bogdana Olechnowicza zatytułowanej „Wzgardzeni czy Wybrani”. Kurcze. Takie to oczywiste. A mimo to, tak wielu ludzi wybiera bierną egzystencję, bojąc się walczyć o własne marzenia. A ja byłem kiedyś jednym z nich. Chyba każdy z nas marzy. Chyba każdy chciałby aby jego życie dało mu spełnienie. Pierwszym krokiem aby to osiągnąć to zdać sobie sprawę z tego, o czym naprawdę marzymy. A potem konsekwentnie dążyć do realizacji tych marzeń. Na pewno nie jest łatwo je osiągnąć. Każdy z nas ponosi czasem porażkę. Ale porażka to jeszcze nie koniec. Jeśli tylko mamy wokół siebie życzliwych ludzi, którzy zamiast śmiać się z naszej porażki lub udowadniać nam że jesteśmy źli, bo nam nie wyszło, otoczą nas miłością i zrozumieniem, uda nam się pozbierać. Gdy ktoś nas wspiera, łatwiej podnieść się na nogi i ruszyć dalej w kierunku własnych marzeń. Ostatnio mogłem docenić jaką wielką pomocą mogą być życzliwe słowa przyjaciela i jego postawa pełna miłości i zrozumienia. Już dawno nie upadłem tak nisko jak kilka dni temu. Raniąc osobę, którą sam Bóg kazał mi kochać. Ale dzięki jej sile, dzięki jej miłości i pokorze, udało mi się jeszcze raz stanąć na skale. I teraz znów mogę iść w stronę marzeń. I nie bać się niczego. Bo zawsze uda mi się powstać.

Na myśl przyszła mi japońska maksyma: „Tchórz nie zna życia. Bohater nie zna śmierci”. Ukazuje ona to, co zawsze siedziało gdzieś w moim sercu. I chociaż faktycznie zdarzył mi się upadek, to teraz jestem mądrzejszy, bardziej zdeterminowany i silniejszy.

Mam tylko dwa marzenia.
Pierwszemu na imię „szerzenie ewangelii”.
Drugiemu na imię „Monika”.

Mam nadzieję że dobry Bóg pozwoli mi je osiągnąć. A jeśli nie... cóż... wolę być bohaterem, który cierpi, niż tchórzem, który nie wie czym jest życie.