Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 lipca 2010

Puzzle

Zaniedbałem swój blog. Mógłbym się usprawiedliwiać, gdyz powodów mam spoo (studia, praca licencjacka, praca zawodowa, etc...) ale nie po to chciałem napisać ten post.

Moje życie po raz kolejny się prostuje. Zaczynam rozumieć kolejne decyzje jakie podejmuje Bóg wobec mojej osoby. Zaczynam wychodzić z jakiejś pustyni duchowej po której włóczyłem się dosyć długo. A w międzyczasie sporo się wydarzyło.

Miałem urodziny. Dokładnie, dwudzieste piąte urodziny. Młodzież i moi przyjaciele zorganizowali mi niespodziankę. Zmówili się wszyscy i zorganizowali ognisko nad Świdrem, a prowodyrem całego zajścia była moja narzeczona - Kinia. Przyszło mnóstwo osób (co widać na załączonym zdjęciu).

Prezentem jaki otrzymałem (również od Kini) na urodziny była “Flo”. Jest ona małym szczurkiem. Od paru dni dzieli ze mną pokój. Jest strasznie żarłoczna. Szczególnie przepada za słonecznikiem i szczurzymi, owocowymi biszkoptami. Planuję rozbudować jej klatkę tak aby miała w niej pięterka. Większość dnia i tak spędza tuptając po moim łóżku.

A w domu mam remont. Odkąd zaczął mi się urlop, pracuję nad porządkowaniem działki i domu po przebudowie. W wolnych chwilach uczę się do ostatnich egzaminów w tej sesji. Dziś zdałem ostatni.

No i najważniejsza rzecz... planuję przyszłość. Ślub, wspólne mieszkanie razem i poszukiwania pracy. Właściwie to ostanie przerwałem w ostatnich dniach. Zrozumiałem, że narazie Bóg potrzebuje mnie w Otwocku, wśród młodzieży na świetlicy. Jeszcze nie skończyłem zadania, które mi wyznaczył. Nie mogę odejść. Ech... idealnym rozwiązaniem byłaby praca na rano, na pół etatu... gdziekolwiek, byle blisko domu.




poniedziałek, 31 maja 2010

Fladelfia i życie

Wczorajszy dzień był istnym szaleństwem.
Zaczął się wcześnie, bo już o 6:45. zjadłem śniadanie i ruszyłem do pracy. Miałem dziś dowodzić filadelfistami podczas drugiej edycji Festiwalu Sztuki Pozytywnej. Przed pracą spotkałem się z Kinią i razem dotarliśmy pod Klub Smok. zaczęło się od pakowania auta (mojej wiernej Suzy) i przyczepy, która jechała podczepiona pod inny samochód. Zawieść trzeba było nagłośnienie, kable, miksery, namiot OCKu, narzędzia i materiały do warsztatów i wiele wiele innych drobiazgów.

Dotarliśmy do parku miejskiego około godziny 9:00. Do rozpoczęcia festynu zostały jeszcze 3 godziny. pomogłem rozstawiać sprzęt OCKu, potem razem z Kinią zaczęliśmy rozstawiać nasz. Mieliśmy przygotować warsztaty z robienia masek gipsowych, muliny, kuglarstwa, sportu i malowania na płótnie. Wybraliśmy odpowiednie miejsca na stanowiska i zabraliśmy się do rozpakowywania auta. Około 11:0 mieliśmy już wszystko gotowe. Stanowisko do warsztatów z masek gipsowych pod altanką. Mulina, nieco dalej, na kocu leżącym na trawie. Zaraz obok kuglarstwo. Najbliżej ścieżki, pomiędzy trzema drzewami rozpięliśmy płótna do malowania. A nieco dalej, w tle, przygotowaliśmy stanowiska sportowe. Wszędzie dookoła naszych stanowisk powbijaliśmy balony na białych patyczkach. Gdy zjawili się pozostali wolontariusze, wszystko było gotowe.

Wkrótce potem zostaliśmy zalani przez dzieci, młodzież i osoby nieco starsze. Nigdy jeszcze nie przeżywaliśmy takiego oblężenia na akcjach. Dziewczyny prowadzące maski gipsowe non stop pracowały. Wolontariusze odpowiedzialni za sport i baseball też. Nieco mniej zainteresowanych zjawiło się przy kuglarzach i malowaniu. Ale mulina również była oblegana. Po akcji byliśmy zmęczeni jak jeszcze nigdy. A przynajmniej ja byłem.

Udało mi się spotkać z filadelfistami po akcji. Przez chwilę dzieliliśmy się swoim zmęczeniem i czytaliśmy o tym, że Bóg jest gotowy spełniać nasze marzenia. Widząc zmęczenie na twarzach wszystkich uczestników akcji, byłem z nich dumny. Pragnąłem jakoś wyrazić wdzięczność, miłość, wszystko co Bóg mi w tym momencie wkładał do serca. mogłem tylko podziękować słowem i pomodlić się za nich.

Czasem się zastanawiam czy Filadelfia ma sens. Czy nie przekształciła się w grupę, która pracuje za mnie na moją pensję skupiając się na pracy przy OCKu. Czy idea aby służyć Bogu poprzez służbę społeczeństwu jest ciągle aktualna, czy już nie...

Filadelfia przeżywa swoją drugą młodość. Młodzież się chętnie angażuje w prace i spotkania Biblijne. Dla nich cała ta idea jest ciągle żywa. A ja miotam się pomiędzy życiem, pracą, nauką i służbą i już nie wiem co się dzieje. Momentami czuje się jak piesek, który goni własny ogon. Mam do pogodzenia zbyt wiele wątków, zbyt wiele spraw... i wszystko jest dla mnie ważne. Nie potrafię się skupić, domknąć chociaż jednego wątku.

Chcę skończyć studia, znaleźć pracę, która nie będzie oznaczała końca świetlicy. Chcę stworzyć fundament pod małżeństwo tak aby moi rodzice nie musieli wiele poświęcać. Chcę dalej rozwijać się w wierze, angażować w życie kościoła.

Moje życie stoi w obliczu przemian. Chcę wiedzieć jak to ugryźć...

wtorek, 20 kwietnia 2010

650 000

Zmiany, zmiany, zmiany. Ale na lepsze. Moje życie przyspiesza, nabiera obrotów i staje się... ekscytujące do granic komfortu. Aż zaczynam się obawiać co z tego będzie. Ale zawsze marzyłem o tego typu zmianach. I teraz przechodzi mnie po plecach taki przyjemny dreszczyk na samą myśl o tym, co się dzieje.

Zaręczyłem się. Z tą samą Kinią o której zacząłem pisać posty rok temu. I dla której stworzyłem blog z wierszami... I którą pokochałem. A teraz myślę o działce, budowie domu... albo wynajęciu czegoś dla nas. Życie stało się szybkie. Czasem mam wątpliwości czy to dobrze. Aczkolwiek nie mam zamiaru się zatrzymywać. Dłużej nie będę czekał.

Dorosłem. Jestem młodym, dorosłym człowiekiem. Jak to śpiewają w jednej z moich ulubionych piosenek, zostało mi najwyżej 650 000 godzin życia. Nie miałem tyle szczęścia żeby umrzeć (to w dalszym ciągu tekst piosenki:D). I teraz moje życie musi się zacząć na całego albo stracę je. Każda godzina jest ważna... w końcu wcale nie mam ich tak wiele. Więc będę walczył o swoje szczęście.

Jestem pełen obaw, i przyjemnego podniecenia. I teraz oddaję swoje działania w ręce Boga. Z Nim wszystko się uda. A na zakończenie, wstawiona z YouTube piosenka.

Pamiętaj... jeśli już skończyłeś się uczyć i stanąłeś na progu dorosłości, to zostało ci najwyżej 650 000 godzin.

piątek, 19 lutego 2010

Filozofia v 0.1

Jadąc autobusem na kolejne egzaminy, po modlitwie w mej głowie zaświtała myśl. Można by powiedzieć że filozoficzna. Czuje się za młody na filozofa... zresztą nigdy nie aspirowałem do tego tytułu. Chyba jestem człowiekiem nieco uprzedzonym do filozofii gdyż mało która miała zastosowanie w moim życiu. Można by rzec że cenię sobie nauki Seneki i głęboko szanuję pragmatyków (sam przychylając się do wielu ich tez). Ale jednak filozofię odkładałem zawsze na półkę kreując własny pogląd na życie budowany w oparciu o chrześcijańskie wartości. A tu proszę. Naszła mnie myśl filozoficzna. I tym chciałem się z Wami podzielić.

Moja myśl nie odkrywa sensu życia. Nie narzuca ideologi. Ale myślę że jest bardzo praktyczna (i znów pragmatyzm). Wraz z myślą naszła mnie wizja łąki. Człowiek, który stał na tej łące był maleńki – trawa była dla niego wysokości drzew. A kwiaty rosnące na niej wyrastały gdzieś ponad poziom trawy. Człowiek chciał do nich dotrzeć i miał nawet drabinę. I znalazłem trzy powody, dla których mógłby nie dosięgnąć do kwiatów. Po pierwsze, mógłby ich nie widzieć. Po drugie, mógłby zgubić drabinę. Po trzecie mógłby stać na błocie a nie na solidnej ziemi na której da się ustawić drabinę. Analogia życia.

Człowiek do czynnej, spełnionej, zdrowej egzystencji potrzebuje trzech rzeczy. Po pierwsze – wartości, które są dla niego fundamentem wszelkich działań (gleba na której stoi). Po drugie – marzeń i celów do których może dążyć (kwiaty). Po trzecie – potrzeba mu rozwiązań, które pomogą mu osiągnąć te marzenia (drabina). Jeśli któregoś z tych elementów zabraknie, życie staje się trudne, często smutne i niespełnione.

Gdy człowiekowi brak wartości, jest jak ślepiec, który nie wie dlaczego się trudzi. Nie rozumie w jakim celu podejmuje działania. Dlaczego wykonuje swoją pracę, trudzi się codziennie. Nie wie że brak mu fundamentu do skutecznych działań. Nie ma na czym się oprzeć chce coś zrobić lub gdy życie staje się trudne. Może też mieć niewłaściwy fundament wartości. Może swoją drabinę stawiać na błocie albo innym syfie. Nie każde wartości w życiu są dobre. Trzeba je ostrożnie wybierać.

Gdy człowiekowi brak marzeń, jest człowiekiem który nie ma celu w życiu. Ludzie często tracą ten cel. Zwłaszcza młodzi, dojrzewający. Popadają w beznadzieję gdy nie potrafią odpowiedzieć sobie na pytanie „czego ja pragnę?”. Trzeba marzyć, trzeba wyznaczać cele aby się rozwijać i aby życie nabrało sensu.

Gdy człowiekowi brak rozwiązań, brak sposobów osiągnięcia marzeń, wówczas pojawia się frustracja i zniechęcenie. Podobnie jak w przypadku gdy nie posiadamy marzeń, może to prowadzić do autodestrukcyjnych przemyśleń. Jasne – nie wszystkie marzenia są osiągalne. Ale niektóre można osiągnąć w trochę zmienionej formie, a inne poświęcić aby zrealizować inne. Wyszukiwanie rozwiązań to trudna sztuka, ale niezbędna dla zdrowego życia. A gdy już znajdziemy rozwiązania, to lepiej abyśmy opierali go na solidnym fundamencie, bo inaczej wszystko może runąć i nie dosięgniemy do tego, czego pragniemy.

To tyle jeśli chodzi o moje filozofowanie. Mam nadzieję że odnajdziesz w tym praktyczny wymiar, który pomoże w porządkowaniu tej zagmatwanej układanki, którą nazywamy życiem. Pozdrawiam.

piątek, 7 sierpnia 2009

Wakacje mijają...

Chciałem napisać coś sensownego. Coś, co natchnie ludzi do działania, pomoże przezwyciężyć trudności. Ale nie czuję się na siłach...

Parę tygodni temu szedłem ulicą zastanawiając się czy zrobiłem coś złego... nasz związek z Kinią przeszedł przez próbę, którą można by nazwać frazą „szacunek wyrażamy poprzez słowa i gesty”. Zastanawiając się wówczas nad własnymi błędami modliłem się o mądrość, która pomoże rozwiązać tamto nieporozumienie. Spotkałem wówczas kobietę, która słyszała o mnie trochę. Pochwaliła mnie za moją pracę z dzieciakami w Otwocku, powiedziała że widzi we mnie anioła. Dziękowała w imieniu całego Otwocka. Wyobrażasz to sobie? Moje poczucie własnej wartości podskoczyło momentalnie bardzo wysoko. Powiedziała też że na urlopie (który wówczas trwał) powinienem pojechać nad morze odpocząć razem z jakąś ładną, kochającą mnie dziewczyną.
A modlitwy Bóg wysłuchał dając Kini mądrość aby być uległą w całej tej sytuacji. Byliśmy bardzo szczęśliwi gdy znów padliśmy sobie w ramiona.

Nad morze pojechaliśmy kilka dni później. Razem z nami pojechali Jurek z Anią oraz Piotrek i Justa. Spędziliśmy tam cały tydzień bycząc się na plaży oraz zwiedzając Kołobrzeg. Dawno tak nie wypocząłem jak podczas tego wyjazdu. Razem z Kinią mieliśmy okazje poruszyć parę ważnych kwestii i jeszcze bardziej się zbliżyliśmy w związku. Docieramy się z każdym tygodniem. Przez ból, płacz, rezygnację z własnych pragnień dla tej drugiej osoby.

A teraz siedzę w domu, zeskrobuję spalony w słońcu naskórek ze swoich pleców i martwię się. Wiem że ona jest tam sama, przeżywa ciężkie dni. A ja nie mogę jej przytulić, wesprzeć. Sam siedzę w domu i walczę ze sobą, własnymi grzechami, pychą, brakami w miłości. Czuję się upadły jak rzadko kiedy. Czekam na odnowę, na to aż Bóg da mi nowe siły i możliwości do działania. I pozostawiam wszystko w jego rękach.

Kiniu, nasze kłótnie o to kto kogo bardziej kocha, nie mają sensu. Sprzeczam się z Tobą jak dziecko dla zabawy a w głębi duszy mam świadomość tego, że nikt nigdy nie darzył mnie taką miłością jak Ty. Dziękuję Ci za to.



W komentarzach, jak zwykle, tekst piosenki.

poniedziałek, 20 lipca 2009

Obóz, Misja, Przyjaciele

Dwa ostatnie tygodnie były pierwszymi tygodniami mojego tegorocznego urlopu. Spracowałem się podczas nich jak mało kiedy.

Zaczęło się od obozu dla dzieci w Radości. Przez tydzień opiekowałem się grupką młodych chłopaków z Otwocka i okolic. Byłem ich cieniem przez 24h na dobę. A w wolnych chwilach pomagałem przy tłumaczeniu warsztatów prowadzonych na obozie i organizowałem po nocach spotkania dla osób zainteresowanych wiarą. Przychodziła na nie garstka osób. Ale cieszyłem się że tej właśnie garstce mogę opowiadać fundamentach wiary, istocie chrześcijaństwa i różnicach doktrynalnych. Jak zwykle starałem się skupić uwagę młodzieży na tym jak stać się chrześcijaninem i jak trwać w chrześcijaństwie. Po raz kolejny mówiłem że w dzisiejszym, rozbitym na denominacje kościele najważniejsze jest aby stać się chrześcijaninem. A wybór kościoła w którym czujemy się dobrze, to sprawa drugorzędna i pozostaje w naszych rękach.

Po obozie nadszedł czas na misję. Razem z Filadelfią jeździliśmy do Góry Kalwarii aby pomagać przy półkoloniach dla dzieci. Joe organizował tam zajęcia sportowe (frisbee, football, baseball). My pomagaliśmy. Ostatniego dnia półkolonii byliśmy na zamku w Czersku. Przywiozłem ze sobą drewniane miecze i mój żelazny półtorak. Dzieci były zachwycone mogąc potrzymać tego typu broń w rękach. Misja skończyła się szybko. Zrbilismy pierwszy krok do miasta, które Bóg kładzie nam na sercu.

Miałem też okazję odwiedzić w sobotę moich starych przyjaciół. Zaproszono mnie na ognisko od Józefowa gdzie przez pół nocy gadaliśmy, śmialiśmy się, jedliśmy kiełbaski itp. Czas wygłupów i dobrej zabawy, dyskusji i przemyśleń. Dobry czas.

A wczoraj mieliśmy zwykłą niedzielę. I jak to już zwykle bywa, był to wspaniały dzień. Zaczął się od nabożeństwa na które przyjechało wielu gości. Podczas niego Marek, nowo zapoznany przyjaciel z Radości, prosił o modlitwę o uzdrowienie. A po nabo cały dzień spędziliśmy na graniu w Osadników, Agricole, jedzeniu naleśników, gadaniu i dyskutowaniu. Kinia uczyła się jeździć Suzą po mieście, sprzątaliśmy mieszkanie naszych przyjaciół... robiliśmy wszystko aby pozostać szczęśliwymi. Był to szalony i piękny dzień.

Przede mną tydzień pracy w domu (malowanie) oraz prowadzenia Kursu Filip. A potem jadę do Kołobrzegu. Mam nadzieje odpocząć w ostatnim tygodniu mojego urlopu nad brzegiem morza.

wtorek, 23 czerwca 2009

Filadelfia

Zaczęło się pod górkę.
Na sobotę mieliśmy zaplanowaną akcję – pomoc podczas Powiatowego Pikniku Rodzin Zastępczych. Mieliśmy stawić się o 10:00 przy siedzibie PCPRu w Otwocku i zorganizować atrakcję dla dzieci. Ale okazało się że muszę zostać w domu.

Od trzech tygodni mieszka u nas mój dziadek – Zygmunt. Jest już stary i wymaga opieki. Moja mama razem z dwiema ciociami szukają mu miejsca w Domu Opieki. Ale trudno o takie miejsce. Okazało się że w sobotni ranek były umówione w paru instytucjach aby posprawdzać ich jakość, klimat itp. Ale na ten czas ktoś musiał zostać w domu z dziadkiem. Jako że mój brat obawiał się że sobie nie poradzi – poproszono mnie o pomoc. Sprawiło to że na akcję dojechałem spóźniony.

Dotarłem około 12:00. Filadelfiści zdążyli się już zaangażować w parę inicjatyw. Zajęcia z baseballu oraz footballu jeszcze nie ruszyły. Gdy tylko zjawił się Daniel, ruszyliśmy z nimi. Cieszyły się dużo większym powodzeniem niż podczas innych akcji. I to sprawiało wszystkim satysfakcję. W trakcie dnia było wiele atrakcji, koncerty, darmowy grill i wata cukrowa, dmuchana zjeżdżalnia itp. W drugiej połowie dnia wystawiliśmy dwie scenki dramowe. W jednym zdaniu: mieliśmy wiele pracy i po wszystkim czuliśmy się zmęczeni.

Gdy dotarliśmy do Smoka, odstawiliśmy nasze graty i postanowiliśmy zrobić sobie społeczność. W tym celu udaliśmy się w okolicę otwockiej Zofiówki – ruin starego szpitala psychiatrycznego w Otwocku. Usiedliśmy na łące i mieliśmy studium biblijne na temat tego jakie życie powinien prowadzić chrześcijanin (KOL 3,1-15).

Cały dzień świeciło słońce. Byłem bardzo zdziwiony gdy któryś z Filadelfistów krzyknął „tęczaaa!” wskazując palcem na niebo prosto nad nami. Faktycznie, była tam tęcza.

Filadelfia odżyła. Od Wielkanocy mieliśmy trzy duże akcje, zorganizowaliśmy też wspólnego grilla. Integrujemy się, mamy wiele pomysłów na pomoc ludziom w naszym mieście. Mamy coraz więcej okazji aby razem studiować pismo święte, przebywać razem. A jeszcze pół roku temu miałem wrażenie że to koniec Filadelfii. Jeszcze pół roku temu nikt nie chciał się w to angażować, sam dźwigałem ciężar integracji grupy, organizacji akcji i nie było nikogo kto mógłby mi pomóc. I patrzcie co stało się w tą sobotę! Po kolejnej udanej akcji Bóg namalował dla nas tęcze – znak przymierza z człowiekiem. Znak tego że błogosławi naszą służbę i nie zapomniał o nas.

7 Aniołowi Kościoła w Filadelfii napisz:
To mówi Święty, Prawdomówny,
Ten, co ma klucz Dawida,
Ten, co otwiera, a nikt nie zamknie,
i Ten, co zamyka, a nikt nie otwiera.
8 Znam twoje czyny.
Oto postawiłem jako dar przed tobą drzwi otwarte,
których nikt nie może zamknąć,
bo ty chociaż moc masz znikomą,
zachowałeś moje słowo
i nie zaparłeś się mego imienia.


Apokalipsa św. Jana, rozdział 3.

poniedziałek, 20 października 2008

Fura

Hehe! Doczekałem się! Z pomocą rodziców udało m się kupić moje pierwsze auto! Jest to stary model Suzuki Samurai. Czyli mała terenówka nadająca się do jazdy WSZĘDZIE! (góry, bagna, lasy, drogi piaszczyste i asfaltowe, miasta i plaże). Jest to stary samochód ale zrobiony w takiej technologii, że będzie jeździł długie lata. Czeka go jeszcze tuning (nowy zderzak z wyciągarką, opony terenowe, snolker) ale jak tylko pchnę sprawy urzędowe związane z rejestracją i opłaceniem cła, będzie gotowy do jazdy!

Ale się z niego cieszę. To naprawdę śliczne autko.

niedziela, 17 sierpnia 2008

Obudź mnie

Łoł. Ale to był dzień. I gdy tylko pomyślę że mogłem stracić całą masę wrażeń i błogosławieństwa przez głupie lenistwo, aż mi się słabo robi. Ale może po kolei...
Ustaliliśmy że w tą niedzielę całym zborem pojedziemy na nabożeństwo do Warszawy na ul. Waliców. Nabożeństwo to miało się zacząć o godzinie 10:00 (w Otwocku zaczynają się zawsze o 11:00) a kościół ten znajduje się dużo dalej niż kościół w Otwocku. W efekcie tego byłem zmuszony wstać dzisiaj o godzinie 6:30. Gdy rano zaczął dzwonić mój budzik, poczułem że nie jestem gotowy na przerwanie snu. Zwłaszcza że znów miałem kłopoty z zaśnięciem (zasnąłem około 1:00) a później mój brat chrapał co chwila budząc mnie ze snu. Można powiedzieć że tej nocy miałem około pięciu godzin spokojnego snu... to dla mnie zdecydowanie za mało. Ale mimo wszystko zwlekłem się z łóżka i poczłapałem do kuchni. Moja mama już nie spała. Ja jeszcze tak. W krótkiej rozmowie ustaliliśmy że jednak powinienem wrócić do łóżka i wypocząć. Tak też zrobiłem. Niestety nie dane mi było zasnąć. Przypomniałem sobie historię z „Opowieści z Narnii” gdy Eustachy i Julia przez przemęczenie i niewygodę przegapili znaki, mające im pomoc w wykonaniu misji zleconej przez Aslana. Potem do głowy przyszedł mi obraz z „Władcy Pierścieni” przedstawiający Aragorna, który zawsze był wstanie przezwyciężyć zmęczenie, ból i niewygodę aby osiągnąć cele. No i w końcu usłyszałem Jego głos: ”Jeśli się teraz nie podniesiesz, możesz przegapić jeden z najpiękniejszych dni w swoim życiu”. Odwróciłem się na drugi bok i zacząłem żałować że cała Biblia jest pełna zachęty do pracowitości i potępia wszelkie lenistwo. Zwlekłem się z łóżka po raz kolejny i zacząłem ubierać. Na początku było ciężko, ale gdy doszedłem już do stacji kolejowej w Celestynowie, byłem prawie całkiem rozbudzony.
Na stacji spotkałem Krzyśka. Razem jechaliśmy do kościoła na ul. Waliców. Sporo rozmawialiśmy i muszę przyznać, że po rozmowie poczułem się odświeżony. Postawa Krzyśka pokazała mi jak bardzo zagalopowałem się w poszukiwaniu stabilizacji finansowej i że zapomniałem o tym co najważniejsze. Gdy dojechaliśmy do Warszawy, strzeliliśmy sobie po kawie z automatu i ruszyliśmy spacerkiem na nabożeństwo. A tam czekała mnie kolejna masa niespodzianek.
Pierwszy Zbór Chrześcijan Baptystów w Warszawie ma opinie kościoła konserwatywnego. Bardzo ceni się w nim porządek i spokój podczas nabożeństwa. Ale tym razem było inaczej. Stojąc z Justyną w ostatniej ławce mieliśmy cudowny czas uwielbienia. Zresztą, wszyscy goście z Otwocka okazywali większą spontaniczność podczas śpiewania pieśni i ożywiali całą wspólnotę. Nawet sam pastor Marek klaskał w dłonie podczas uwielbienia.
Potem przyszedł czas na kazanie. Wygłosił je pastor z Otwocka – Michał. I jak zwykle Bóg użył go aby nie tylko mnie naprostować ale i zachęcić do pogłębienia wiary. Głosił słowo o pokorze, prostocie w głoszeniu Słowa i o umiejętności skromnego życia, dając za wzór Jana Chrzciciela. Po kazaniu byłem już całkiem wniebowzięty.
Ale dzień się na tym nie skończył. Po nabożeństwie poczęstowano nas zupą i zaproszono na kawę i rozmowy. Spotkałem się wówczas z Tomkiem, który jak się okazało żeni się. A zaraz potem dowiedziałem się że Ania i Robert (przyjaciele z kościoła w Otwocku) również biorą ślub. Byłem szczęśliwy słysząc takie dobre wieści. A kawa mocha smakowała wybornie.
Do Otwocka wróciłem samochodem. Adam zawiózł mnie, Monikę i jej mamę. Zostałem zaproszony (a raczej delikatnie się wprosiłem) na kompot i naleśniki. Długo rozmawiałem z Moniką o codziennych pasjach i życiu. Z jej tatą miałem okazję podyskutować i się pośmiać. A potem Piotrek (gdy wrócił z Warszawy) pouczył mnie grać na gitarze. Dalej był poczęstunek (naleśniki, kawa...) i czas na uwielbienie i społeczność. Później, gdy wróciłem do domu, mama dała mi obiad i babeczki z budyniem i owocami. Klasa!
Ja wiem że nie wszyscy tak wyobrażają sobie idealny dzień. Ale dla mnie idealny dzień jest dniem pełnym prostych i dających radość przyjemności. Takich jak rozmowa, żart, wesoła wiadomość, dobre nabożeństwo i dobra kawa... warto jest umieć się cieszyć takimi drobiazgami. Życie staje się wtedy piękniejsze. Bóg pomógł mi się obudzić. A gdy wróciłem wieczorem do domu, mięśnie twarzy ciągle mnie bolały, bo cały dzień się uśmiechałem.

środa, 4 czerwca 2008

Kilka ostatnich dni...

No może trochę więcej niż kilka. Sporo się wydarzyło, ale jestem w umiarkowanym stanie psychicznym... to znaczy że nie zwariowałem od nadmiaru wydarzeń.

Na początku maja byłem ze znajomymi w Wiśle. Spędziliśmy cztery dni na konferencji zorganizowanej przez kościół "OAZA" z Wisły. Niestety ale woleliśmy chodzić po górach niż słuchać wartościowych wykładów, ale nikt nie miał nam tego za złe. Odbyliśmy długą wyprawę do źródeł Wisły i muszę powiedzieć że była to najlepsza wyprawa w moim życiu. Może góry nie były aż tak wysokie i trudne, ale przyjaciele z którymi szedłem stworzyli tak niesamowitą atmosferę, że nie zapomne tej wyprawy do końca życia.


Na studiach zaczęła się sesja. I wygląda na to że nie pójdzie mi ona tak łatwo jak ta pierwsza. narazie oblałem dwa egzaminy:P Zobaczymy czy coś się zmieni po tym weekendzie. Staram się tym za bardzo nie przejmować i nie stresować... ale gdy tylko słyszę słowo EKONOMIA przechodzą mnie dreszcze.
Za to Filadelfia działa prężnie i mogę śmiało stwierdzić że się rozkręca:) Mamy akcję za akcją. Ostatnio malowaliśmy plac zabaw przy przedszkolu w Otwocku. A w miniony weekend pomagaliśmy Otwockiemu Centrum Kultury podczas festynu z okazji Dnia Dziecka. Dorobiliśmy sie też naszego pierwszego filmiku reklamowego. Jest dostępny na youtube.com
value="http://www.youtube.com/v/UAHqQ52jpug">

Korzystając z okazji że wreszcie udało mi się zajrzeć na tego bloga chciałem pozdrowić wszystkich moich czytelników i komentatorów:) A z osobna przyjaciół: Justę, Moniśkę, Pitera. Dzieki Wam życie nabiera smaku:*