Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 września 2011

Pierwszy września

Pierwszego września poczułem się jak uczeń. Stanąłem w gromadzie młodzieży, która uczęszcza na zajęcia do Ogniska Wychowawczego w Świdrze i kazano mi odśpiewać hymn. I przypomniały mi się wszystkie te lata spędzone w podstawówce i liceum - niby skończyło się kilka lat temu a wydaje się takie odległe. A teraz znów w szkole - tym razem jako Wychowawca i Pracownik Socjalny w jednym. Coś czuje, że te wszystkie lata gdy zachodziłem za skórę moim nauczycielom zaczną się na mnie mścić.

W pracy w handlu międzynarodowym nie utrzymałem się długo. To z powodu nieporozumienia z pracodawcą - nie chcę dużo o tym pisać. Fakt pozostaje faktem - podziękowano mi za współpracę. Wróciłem więc do pracy wśród młodzieży. Mój łeb, zawsze pełen świeżych pomysłów, trafił do miejsca, które potrzebuje innowacji. Mam szczerą nadzieję, że nie utonę w papierach i sprawach socjalnych i że uda mi się dać z siebie więcej niż tylko siedzenie za biurkiem (do którego się nie nadaje).

A pierwszego września, w progu szkoły powitała mnie garstka moich starych wychowanków. Uczą się w tej szkole a po lekcjach zostają na zajęciach w grupach. Chyba dalej będę trzymał pieczę nad częściach "Starej Wiary" z którą pracowałem przed kilkoma miesiącami.

I jak ja się z tym czuję? Dziwnie. Wielki świat biznesu zakołował mi w głowie. Zarobki z astronomicznych zamieniły się w zwykłe. A czuję się dobrze w tym miejscu, do którego trafiłem. Jeżeli atmosfera nie ulegnie zmianie, zostanę tam na dłużej. Przynajmniej mam taką nadzieję.

czwartek, 31 marca 2011

Remont

Klub Smok w remoncie. Od dwóch tygodni jestem w pracy odpowiedzialny za demolkę. Obecnie jestem na etapie zeskrobywania farby ze ścian. Wszystko z powodu decyzji straży pożarnej, która zamknęła klub i świetlicę z powodów bezpieczeństwa. Dzieci się rozpierzchły i nie wiem gdzie są, co robią. Dziś odwiedziły mnie dwie wychowanki. chciały sprawdzić jak długo potrwa remont i kiedy uda się zorganizować jakieś spotkanie - odczuły, że więzi się zrywają i grupa powoli rozpada. Umówiłem się z nimi, że zorganizujemy spotkanie w przyszłą sobotę. Mam nadzieję, że nic nie stanie nam na przeszkodzie i do spotkania dojdzie.

Monotonna, fizyczna praca jest wyczerpująca. przynajmniej dla mnie - nie jestem przyzwyczajony do remontów. Zwłaszcza tak długotrwałych. Codziennie około 5 godzin skrobania farby, wydłubywania drewnianych kołków ze ścian, przenoszenia mebli i rupieci... człowiek naprawdę może się czuć wyczerpany po takiej pracy. Nie jest łatwo, lekko...

Trochę jak w chrześcijańskiej codzienności. Gdy człowiek się decyduje na chrześcijaństwo, decyduje się na bycie kimś na kształt robotnika. Nie dość, że na co dzień staje w opozycji do "moralnych" standardów świata, to jeszcze zgadza się an wieczne remontowanie swojego wnętrza, swoich cech charakteru i osobowości. To nie jest lekkie życie. Ja do dziś się łapię na tym, że w wielu miejscach swojego JA, nie dokonałem żadnego remontu. Tak jakby stara farba, która nie nadaje się do niczego, nie chciała odpaść mimo, że zdzieram ją ładnych parę godzin. A gdy wreszcie odpadnie z powierzchni 10 cm2, to okazuje się to żadnym sukcesem, bo ściana ma 8 m2 i jest pierwszą z czterech. Takie życie potrafi zmęczyć. Ale wiem, że pomimo wszystkich upadków i ciężaru, jest to jedynie słuszna droga - innego życia sobie nie wyobrażam.

Jeden rockman powiedział kiedyś, że człowiek gdy staje się chrześcijaninem, to nie znaczy że staje się dobrym człowiekiem. To znaczy, że będzie miał trudniejsze życie. Remontując świetlicę i myśląc nad swoją życiową drogą, zaczynam w stu procentach rozumieć o co mu chodziło.

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Przypowieść o rysunku

- Narysujmy coś - zaproponował starszy brat.
- Dobźe... ale cio? - odpowiedziała pytaniem jego młodsza siostra.
- A co tylko chcesz... może świat?
- Tak! To dobly pomysł. Tu będzie ziemia. Hmmm co dalej blacisku?
- Słońce?
- Uśmiechnięte słonko! Jest! A teraz cio?
- Może jakieś drzewa?
- Tak! Duzio dizew i kse... krzse...
- Krzewów?
- No wlaśnie. I owoce na dziewach. I tawe. Koniecznie tlawe.
- Piękny rysunek... co dalej?
- Jak to cio? Moze.
- Morze? A potem?
- Lyby, i ptaki i koniki, i zwiezątka!
- Super. To chyba już skończone.
- Nie. telaz cas na ludzi i...
- I?
- I nas.
- Nas? A co wtedy będzie? Staniemy się częścią rysunku. To znaczy że nas tu zabraknie?
- Nie - uśmiechnęła się.
- Nie? Przecież nie możemy być jednocześnie w dwóch miejscach.
- Moziemy. To nas rysunek. Moziemy być jego częścią. Kledkami mozemy sie nalysować. Jak wsysko.
- I możemy być jednocześnie tu, jako twórcy, i tam jako zwykły rysunek?
- Tak. Tak jak pan Bóg!
- Pan Bóg?
- On naś nalysowal. A potem nalysowal tez siebie.
- ...

Pozdrawiam wszystkich czytelników mojego bloga. 

czwartek, 8 kwietnia 2010

Wielkanoc 2010

Co przeciętny człowiek robi w święta Wielkanocne? Spędza czas z rodzina, idzie do kościoła, modli się, rozpamiętuje wydarzenia sprzed 2000 lat – jedyny w historii ludzkości udokumentowany fakt zmartwychwstania. Ech... znów okazuje się że nie zachowuje się jak przeciętny człowiek.

Święta – już któreś z rzędu – spędziłem na Polsko-Irlandzkim Obozie Wielkanocnym. Byłem tam opiekunem dla najstarszej grupy chłopaków. Tym razem obóz był wyjątkowo spokojny i udany. Chłopaki spisywali się rewelacyjnie. Mieliśmy najlepsza grupę na obozie: najbardziej pomocną, najgrzeczniejszą, angażującą się w warsztaty i Talent Show. Ekipa zasłużyła sobie na te wszystkie pochwały, które zebrała podczas trwania obozu.

A ja podczas poranka dla liderów postanowiłem się podzielić słowem, które Bóg położył mi na sercu już wiele lat temu:

Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie.
- MAR 18,10 -

Zawsze gdy czytam te słowa, pojawia mi się w głowie obraz. Widzę aniołów, które zdają raport przed tronem Boga. Poczuwając się do powierzonych im obowiązków, bez ustanku donoszą Bogu o tym co dzieje się z dziećmi, które zostały im dane pod opiekę. I słychać tylko: „tamten Krzysiek, potracił mojego podopiecznego!”. Albo: „opiekun ze świetlicy pochwalił Adasia za ładny rysunek!”. Przed Bogiem nic się nie ukryje. Obrazek jest może nieco przerysowany, ale oddaje istotę tego, jak ważne są dzieci dla Boga. Jak istotne jest odpowiednie ich traktowanie. I jak odpowiedzialna jest misja, którą Bóg powierza nam – osobom dorosłym i opiekunom. To na nas spoczywa ciężar wychowania.

Młodzież jest tak ważna z prostego powodu: przyszłość należy do niej. Jeśli chcemy mieć niesamowitą przyszłość, musimy wychować niesamowitą młodzież.
- Phil Dooley -

poniedziałek, 15 marca 2010

Miłość wczoraj i dziś

Po raz kolejny zakochałem się w ludzkości. Uczucia, takie świeże, pełne zrozumienia i miłości, wracają do mnie w ostatnich dniach... i bardzo mnie to cieszy.

Pamiętam że pierwszy raz mnie to spotkało gdy pracowałem z dziećmi z Otwocka. Z pierwszą grupą, ze starej świetlicy. Wracaliśmy ze spaceru nad świdrem i w jednej chwili poczułem jak wylewa się o mnie troska o te dzieci. Troska połączona z miłością i odpowiedzialnością. Ciężko opisać tą mieszankę... wiem że było to na maksa pozytywne uczucie. Długo mnie nie opuszczało.

Kiedyś podczas półkolonii w Klubie Smok, wracałem z kilkoma dziewczynami z obiadu. Reszta grupy wróciła wcześniej, my zostaliśmy z tyłu. To było pod koniec półkolonii, zdążyłem się zżyć z dzieciakami a one zdążyły mnie polubić. Bawiły się i hasały wokół mnie rozsypując świeżo zerwane liście i kwiaty pod moje nogi. Czułem się głupio... naprawdę głupio. A zarazem próbowałem zrozumieć że one w ten sposób okazują swoją sympatię i wdzięczność za opiekę. Całe dwa tygodnie przychodziłem na te półkolonie pełen miłości i troski. Wylewałem ją codziennie na dzieciaki wychodząc z założenia że przyszedłem aby im służyć. Myślę że dlatego dzieciaki nie miały problemów z polubieniem mnie.

Dziwne to. Gdy dzieci chcą okazać szacunek dorosłemu, zapraszają go do zabawy, chcą z nim przebywać. Gdy dorośli dorosłemu okazują szacunek, schodzą mu z drogi.

Czasem to co uda nam się wypracować nagle znika. Czasem przeżywamy kryzys, wypalamy się w naszej pracy i służbie. Czasem potrzebujemy być wyraźnie nagrodzeni za nasz wysiłek inaczej ciężko nam dalej działać. Ucieka gdzieś to, czego zdążyliśmy się nauczyć.

Ale do mnie to wróciło. Po bardzo długiej przerwie. Gdy stałem w centrum Warszawy, pod rotundą i czekałem na spotkanie z moja ukochaną, poczułem jak ogarnia mnie to uczucie. Patrzyłem na ludzi dookoła i podziwiałem ich. Pani w kolorowej czapce, długowłosy metal ze szpiczastą brudką, brudny mężczyzna z przymglonym wzrokiem, dziewczyna w spódnicy... wszyscy wydali mi się tacy ważni, potrzebni. Poczułem się za nich odpowiedzialny. Poczułem jak ogarnia mnie miłość i troska i ich szczęście. I zaraz potem przyszła myśl że tak niewiele mogę zrobić. Przecież mógłbym stać cały tydzień pod rotundą, po 24h na dobę i nie zobaczyłbym dwa razy tej samej twarzy! Ludzi jest tak wielu! A mi Bóg wyraźnie kładzie na sercu abym czuł się za nich odpowiedzialny. Co najgorsze – podoba mi się ten pomysł.

Będę odpowiedzialny. Będę kochał. Jeszcze nie jestem pewien jak się do tego zabiorę, ale będę ich kochał.

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Zaginiona wychowanka...

Wmurowało mnie gdy zobaczyłem jej twarz.
Siedząc na ławce na Krakowskim Przedmieściu w przerwie wykładów, spodziewałem się tylko lekkich konwersacji z koleżankami ze studiów. A tu nagle moim oczom ukazała się twarz Ani. Przechadzała się z koleżankami ze szkoły. Była szczuplejsza na twarzy niż zazwyczaj. Jej włosy miały całkowicie czarny kolor. Nie wyglądała już jak dziecko, ale jak młoda kobieta. Poczułem niesamowitą radość w sercu gdy ją ujrzałem.
Znałem Anię od wielu lat. Była kiedyś wychowanką na mojej świetlicy. Obydwu świetlic. Niesamowicie wrażliwa i kochana dziewczyna. Niestety ale zbyt wrażliwa. Pchnęło ją to w życiu do wielu błędnych decyzji. Dziś uczy się w szkole z internatem. Mam nadzieję że wkrótce wróci do Otwocka na stałe.
Od dawna Bóg kładzie mi ją na sercu. Daje mi cierpliwość abym czekał, wytrwałość i wiarę że potencjał Ani zmaksymalizuje się gdy tylko odnajdzie drogę do domu.

środa, 15 kwietnia 2009

Obóz Wielkanocny

I znów wróciłem z obozu. Po raz trzeci Wielkanoc spędziłem poza domem, opiekując się sporą garstką dzieciaków z Domów Dziecka, Domów Samotnej Matki, Świetlic Środowiskowych i innych miejsc. Czy obóz był udany? Na pewno tak. Chociaż zupełnie inny.

Pamiętam obóz letni, który odbył się w 2007 roku. Podczas jednej nocy, w trakcie uwielbienia, rozpętała się burza. Piorun trafił w kaplicę i podczas społeczności, pogasły światła, muzyka stanęła a dzieci wpadły w panikę (było ciemno). Liderzy szybko opanowali sytuację i przeprowadzili dzieci z kaplicy do budynku kolonijnego. Tam przez resztę wieczoru uspokajaliśmy małe dzieci i mieliśmy czas zabaw, śpiewania piosenek itp.
Zostałem wtedy wysłany (gdy burza wciąż trwała) aby poszukać czy ktoś nie został w kaplicy lub na dworze. Znalazłem na trawniku grupę dziewczyn, które klęczały i śpiewały pieśni Bogu. Ukląkłem z nimi aby się przyłączyć. Burza wciąż grzmiała nad nami, niebo rozbłyskało, deszcz padał a my, we czwórkę klęczeliśmy w mokrej trawie i śpiewaliśmy. Chyba wtedy narodziło się moje zamiłowanie do modlitwy w trakcie burzy.
Tamta noc dała nam możliwość aby być bliżej dzieci, pokazać im że Bóg i tak ma wszystko w swojej ręce i nie am się czego bać. Burza okazała się najsilniej integrującym wydarzeniem na obozie. Pod jego koniec wiele dzieci płakało... wielu liderów również.

Na tym obozie nie mieliśmy tak niesamowitych sytuacji. Jednak wiele dzieciaków słyszało o miłości jaką darzy ich Bóg. Wolontariusze z Irlandii mieli napisane na koszulkach „Pokazuj jak On kocha, poprzez czyny!”

W obóz zaangażowała się Grupa Filadelfia, która jednego wieczoru wystawiła dramę na temat tego że wolność od zła, które niszczy, można znaleźć jedynie w Bogu. A jedynym źródłem wiedzy o Bogu jest Biblia. Próbowaliśmy pokazać jak żyć, aby czuć się żywym... bo prawdziwe życie można wieść wyłącznie w poczuciu wolności, jakie daje Jezus.

sobota, 31 stycznia 2009

Bajkowe półkolonie...

Dwie ośmiolatki siedziały na parapecie. Wygadały na smutne. Podszedłem do jednej z nich i zacząłem zaczepiać. Uśmiechnęła się.
- Co jest, dziewczynki? Nie macie już siły mi dokuczać
Chichotały odpowiadając „mamy”.
- No to dalej! Nie nudzicie się chyba?
- Nie odpowiedziała jedna.
- Aaa! - druga rozdziawiła usta. - Muszę iść się napić wody z szamba!
Zeskoczyła z parapetu i gdzieś pobiegła.

***

- Panie Pawle! Możemy panu wyciąć serce?
- Słucham?
- No serce! Ania go potrzebuje, bo jest chora!
- Nie możecie. Mam tylko jedno serce.
- To może wątrobę?
- Nie. Wątrobę też mam jedną. Mógłbym się najwyżej zastanowić nad nerką.
- Dobra! - wykrzyknęły chórem! - Bierzemy!

***

- Panie Pawle, tu jest umowa dla pana?
Wręczyła mi kartkę papieru i uśmiechnęła się. Za plecami miała kilka koleżanek.
- Jaka umowa?
- Na operację!
Spojrzałem na kartkę i przeczytałem: „Zgoda na wycięcie nerki (prawej). Dostanie ją Ania.”
U dołu strony widniało miejsce na podpis.
Zamurowało mnie.

***

Na zakończenie półkolonii był bal przebierańców. Dzieciaki bawiły się w rytm skocznej, dyskotekowej muzyki, jadły słodycze, brały udział w konkursach i zabawach. Mieliśmy na balu jedną Chinkę, trzy księżniczki, trzy modelki, Piotrusia Pana i Dzwoneczka, dwóch żołnierzy i dwóch piratów, Indianina, Indiana Jonesa, Darth Maula, Darth Vadera i tylko jednego Jedi. Mieliśmy Pippi, czarownicę i diablicę, mieliśmy motylka i aniołka, mieliśmy całe stado przebierańców i czwórkę opiekunów.
Ja tańczyłem z całym tym korowodem postaci z bajek. I byłem szczęśliwy. W tańcu, gdy pot spływał mi po czole a wszystkie barwne postacie tańczyły wokół mnie, poczułem się jak w domu. Poczułem się sobą. Znalazłem chwilę wytchnienia i wiedziałem że niedługo będę tęsknić za tym wszystkim. Tańcząc wśród dzieci, zacząłem wielbić Boga... tak jakbym był jednym z nich.
Chcesz być bliżej Boga? Nie dorastaj za szybko.

piątek, 23 stycznia 2009

Obrazki z półkolonii...

- Panie Pawle! On mnie zaczepia! - sfrustrowana dziesięciolatka wskazała paluchem na swojego rówieśnika.
- A jak cie zaczepia?
- No biega, łapie, zaplątuje w skakankę! I mówi że jestem głupia!
- To znaczy że bardzo cie kocha.
Dziesięciolatka odeszła wykrzywiając minę. Jej rówieśnik podszedł do mnie ze skakanką i zaplątał mi ją wokół nadgarstka.
- Odszczekaj to pan! - zagroził.
- Hau, hau!

***

- Łał! Skąd pan ma sprężynę? - zaczęła ośmiolatka.
- Wygrałem w konkursie.
- Startował pan w konkursie? Myślałam że są tylko dla dzieci!
- Ja jestem dzieckiem. Przynajmniej staram się być.
- A w jakim konkursie pan startował?
- Tańczyłem z Weronikom.
- A da mi pan sprężynę? - zrobiła oczy jak kociak ze szreka.
- No nie wiem. Podoba mi się. Raczej jej nie oddam.
- To wiem - wyciągnęła rączki i wzięła ode mnie sprężynę. - Podzielimy ją na pół...

***

Usiadłem przy stole i wziąłem sztućce do ręki. Dziewczynki wokół mnie dyskutowały i zaczepiały mnie bez przerwy. Zupa stygła na stole.
- Ja nie będę tego jadła - powiedziała jedna.
- Pyszna, spróbuj! - powiedziała druga.
- No! Ja to już chce dokładkę – dodała trzecia.
- Paweł - zaczęła ostatnia. - Od dziś będziemy cię nazywać „dziadkiem smokiem”.

***

Rozmowa między dzieciakami:
- Czyli tak. Mamy milimetr, centymetr, decymetr, metr, kilometr... hmm co jest dłuższe niż kilometr?
- Dwa kilometry!

***

To dopiero połowa półkolonii... C.D.N.

poniedziałek, 17 marca 2008

Rozsypałem się

Oj ciężkie dni ostatnio przeżywałem. Stres zaległ w moim sercu i psuł mi humor każdego dnia. nastąpiło takie skumulowanie przykrych wydażeń że aż się dziwie że jeszcze stoje na nogach. Ciekawe jak długo jeszcze.

Dziewczynki ze świetlicy znów zaczęły szaleć. We trójkę uiekły z domu i nie było ich przez trzy dni. Potem znów dały nogę, ale szybko je znaleziono. Było z nimi juz tak dobrze... a teraz wszystko się posypało i ciężko bedzie to naprawić. Nie jestem do końca pewnie czy mi się chce.

Na studiach mętlik. W zeszłym tygodniu (i tydzień wcześniej) jeździłem za wykłądowcami chyba ze cztery razy. I za każdym razem NIC nie załatwiłem. Po części z winy wykładowców, po części przez moje lenistwo. Gdy wreszcie zdobyłem wszystkie potrzebne wpisy, poczułem jak cały stres momentalnie ze mnie schodzi. Ale nie zszedł do końca... moje podopieczne ze świetlicy zbyt narozrabiały abym mógł tak poprostu zacząć cieszyć się życiem.

Czuję się bardzo rozsypany. Nie do końca wiem gdzie są poszczególne kawałki mojego ciała a głowa ciąży mi nieustannie. Chyba potrzebuje urlopu. Na pewno mógłbym odpocząć w nadchodzącą Wielkanoc, ale wyjeżdżam na obóz z dzieciakami. Będzie na nim około 120 dzieci. Czuję się wyczerpany na samą myśl o pracy. I teraz, jak nigdy przedtem czuję że bez pomocy Boga, moja psychika naprawdę siądzie.

Na szczęście znalazłem sposób na odreagowanie. Od jakichś dwóch tygodni zacząłem studiować średniowieczne traktaty mówiące o szermierce. Kupiłem sobie dwa drewniane miecze i ćwiczę sam oraz z Robertem (przyjaciel z kościoła). Czuję się naprawdę świetnie gdy mam okazję pomachać kijem, pomęczyć się, poukładać całe sekwencje cięć i pchnięć. Zwłaszcza że od dawna było to moim marzeniem.

Czasem gdy życie staje się naprawdę podłe, warto mieć jakąś pasję, która pomoże rozładować cały ciężar, który na tobie zaległ. Pamiętaj o tym.

sobota, 22 grudnia 2007

Nadzieja na onkologii...

Dwa dni temu (w czwartek, 20 grudnia) wybrałem się razem z przyjaciółmi do Międzylesia. Naszym celem było zaśpiewani paru kolęd dla dzieciaków przebywających na onkologii w Centrum Zdrowia Dziecka. Spotkaliśmy się o godzinie 19 na holu przy głównym wejściu. Było nas sześć osób (Piotrek, Monika, Jurek z Małgosią, Karolina i ja). Mieliśmy ze sobą torbę pełną cukierków, czerwone czapki z pomponami, białą gitarę i czarny klarnet:). Byliśmy gotowi.


Pamiętam jakie silne zdenerwowanie czułem gdy jechaliśmy ściśnięci w windzie. Pierwszy raz od dawna dopadł mnie tak silny stres. Ale szybko ogarnąłem emocję. Jechałem tam nie sam i wiedziałem że mam na tyle siły aby znieść każdy widok.


Gdy szliśmy korytarzem od razu dorwały nas dzieciaki. Zobaczyły nasze czerwone czapki i zaczęły sypać tekstami w stylu: „Znów jacyś mikołaje?” Widać dosyć często są odwiedzane przez ludzi dobrej woli. Przebiegły przez korytarz w kierunku świetlicy, na której mieliśmy śpiewać. Wszystkie wyglądały na około 8 do 10 lat. Wszystkie biegały w piżamach i nie miały włosów.


Już wtedy, idąc na świetlicę, wiedziałem że będzie dobrze. Że uda mi się być dla tych dzieci silnym i radosnym. One takie były. A Bóg momentalnie wlał w moje serce tyle miłości, ciepła i spokoju, że nic nie było wstanie mnie zniechęcić.


Na świetlicy zaśpiewaliśmy kilka kolęd. Potem jedną chrześcijańską piosenkę a zaraz potem Yuro pokazał dzieciakom jak się robi beatbox. Były zachwycone. Rozdaliśmy cukierki i ruszyliśmy aby zagrać piosenki w kilku pokojach dla tych dzieciaków (i młodych ludzi), którzy nie mogli do nas przyjść.


Tego dnia widziałem wiele uśmiechów na twarzach. I to u osób, które często mają problemy z patrzeniem z nadzieją w przyszłość. Wydaje mi się że tę nadzieję udało nam się przynieść do tego miejsca. Chwała za to Panu.


zbudź się zbudź
powstań chodź
nigdy nie poddawaj się
któż jest taki jak On
w Jego mocy zawsze stój

wtorek, 11 grudnia 2007

Dzień śmierci!

Dziś był dzień pełen śmierci. Umarły te wszystkie problemy i kłopoty na które skarżyły się dzieciaki z mojej świetlicy. I tak Mariolka i Monika wróciły z Domu Dziecka do siebie do domu. Ania pogodziła się z mamą i powiedziała jej mnóstwo ciepłych słów. Karolinka odrobiła -40 punktów poprzez prace na świetlicy i odrabianie pracy domowej. Jednak Bóg nad wszystkim czuwa. I przynosi przełomy w najmniej oczekiwanych momentach. Chwała mu za to! Teraz czas rozprawić się z papierochami, które cześć dziewczyn popala :P

wtorek, 4 grudnia 2007

Siła modlitwy

Wieczór, 23 listopada.

Wczoraj zabrano Mariolkę i Monikę do Domu Dziecka. A dziś pojechałem zobaczyć co u niej słychać. Najpierw porozmawiałem z pracownikiem socjalnym oraz psychologiem – paniami, które opiekują się dziewczynkami. Wszyscy doszliśmy do wniosku że dobrze byłoby współpracować w celu jak najszybszego powrotu dziewczynek do domu. Spytałem czy mógłbym przywieźć do dziewczynek ich przyjaciółki ze świetlicy (Karolinkę i Anię). Niestety dostałem negatywną odpowiedź. Opiekunki doszły do wniosku, że lepiej aby Mariolka i Monika spróbowały się zaaklimatyzować w nowym miejscu. A na gości przyjdzie czas później. Nie nalegałem.

Później poszedłem do pokoju dziewczynek. Ku mojemu zadowoleniu, obie były uśmiechnięte i zadowolone. Cieszyły się że mają okazję odetchnąć od sytuacji w domu. Porozmawialiśmy chwilę o tym dlaczego tu trafiły, jak im się mieszka w nowym miejscu, jakich mają kolegów... cieszyłem się, że są zadowolone.

Później pojechałem na świetlicę. W krótkiej rozmowie z Anią i Karoliną, powiedziałem im że nie uda nam się dziś odwiedzić Mariolki. Były załamane. A po świetlicy zrobiliśmy sobie grupę. Najpierw porozmawialiśmy o tym, jaka jest przyczyna całej sytuacji. I doszliśmy do wspólnego wniosku że to, że spotyka nas w życiu coś złego jest winą innych ludzi lub naszej głupoty. A Bóg się nie wtrąca w nasze życie tak długo, jak długo tego nie chcemy. Potem zaproponowałem dziewczyną, że pojedziemy w trzy miejsca aby się pomodlić. Pierwszym miejscem miał być dom Mariolki i Moniki. Mieliśmy się tam pomodlić o rodziców dziewczynek i o szybkie naprawienie całej sytuacji rodzinnej. Drugim miejscem miał być sąd. Tam mieliśmy się modlić o panią kurator. Ostatnim miejscem miał być dom dziecka, gdzie mieliśmy się modlić o Mariolkę i Monikę. Dziewczyny były bardzo zachęcone. I zanim wyszliśmy do samochodu, chciały się pomodlić. Obie pomodliły się oto, aby miały możliwość zobaczyć Mariolę chociaż przez pięć minut.

Po jakiejś pół godzinie znaleźliśmy się pod domem dziecka. Wysiedliśmy z samochodu i poszliśmy pod drzwi – dziewczyny miały listy, które chciały przekazać wychowawcy. Najpierw wszedłem ja, aby z wychowawcą porozmawiać. Ku mojemu zdziwieniu ów człowiek zgodził się na piętnastominutowe spotkanie dziewczynek.

Gdy wychodziliśmy z domu dziecka (już po spotkaniu), dziewczyny zaczęły mi dziękować. Odpowiedziałem im że to przecież nie mnie prosiły o to spotkanie. I że to zasługa Pana Boga. Zaraz potem zaczęły dziękować Jemu w modlitwie.

Może myślisz że to zbieg okoliczności? Myśl co chcesz. Ale z takich zbiegów okoliczności składa się moje życie. I ja osobiście widzę w tym działanie mojego Ojca.