piątek, 19 lutego 2010

Filozofia v 0.1

Jadąc autobusem na kolejne egzaminy, po modlitwie w mej głowie zaświtała myśl. Można by powiedzieć że filozoficzna. Czuje się za młody na filozofa... zresztą nigdy nie aspirowałem do tego tytułu. Chyba jestem człowiekiem nieco uprzedzonym do filozofii gdyż mało która miała zastosowanie w moim życiu. Można by rzec że cenię sobie nauki Seneki i głęboko szanuję pragmatyków (sam przychylając się do wielu ich tez). Ale jednak filozofię odkładałem zawsze na półkę kreując własny pogląd na życie budowany w oparciu o chrześcijańskie wartości. A tu proszę. Naszła mnie myśl filozoficzna. I tym chciałem się z Wami podzielić.

Moja myśl nie odkrywa sensu życia. Nie narzuca ideologi. Ale myślę że jest bardzo praktyczna (i znów pragmatyzm). Wraz z myślą naszła mnie wizja łąki. Człowiek, który stał na tej łące był maleńki – trawa była dla niego wysokości drzew. A kwiaty rosnące na niej wyrastały gdzieś ponad poziom trawy. Człowiek chciał do nich dotrzeć i miał nawet drabinę. I znalazłem trzy powody, dla których mógłby nie dosięgnąć do kwiatów. Po pierwsze, mógłby ich nie widzieć. Po drugie, mógłby zgubić drabinę. Po trzecie mógłby stać na błocie a nie na solidnej ziemi na której da się ustawić drabinę. Analogia życia.

Człowiek do czynnej, spełnionej, zdrowej egzystencji potrzebuje trzech rzeczy. Po pierwsze – wartości, które są dla niego fundamentem wszelkich działań (gleba na której stoi). Po drugie – marzeń i celów do których może dążyć (kwiaty). Po trzecie – potrzeba mu rozwiązań, które pomogą mu osiągnąć te marzenia (drabina). Jeśli któregoś z tych elementów zabraknie, życie staje się trudne, często smutne i niespełnione.

Gdy człowiekowi brak wartości, jest jak ślepiec, który nie wie dlaczego się trudzi. Nie rozumie w jakim celu podejmuje działania. Dlaczego wykonuje swoją pracę, trudzi się codziennie. Nie wie że brak mu fundamentu do skutecznych działań. Nie ma na czym się oprzeć chce coś zrobić lub gdy życie staje się trudne. Może też mieć niewłaściwy fundament wartości. Może swoją drabinę stawiać na błocie albo innym syfie. Nie każde wartości w życiu są dobre. Trzeba je ostrożnie wybierać.

Gdy człowiekowi brak marzeń, jest człowiekiem który nie ma celu w życiu. Ludzie często tracą ten cel. Zwłaszcza młodzi, dojrzewający. Popadają w beznadzieję gdy nie potrafią odpowiedzieć sobie na pytanie „czego ja pragnę?”. Trzeba marzyć, trzeba wyznaczać cele aby się rozwijać i aby życie nabrało sensu.

Gdy człowiekowi brak rozwiązań, brak sposobów osiągnięcia marzeń, wówczas pojawia się frustracja i zniechęcenie. Podobnie jak w przypadku gdy nie posiadamy marzeń, może to prowadzić do autodestrukcyjnych przemyśleń. Jasne – nie wszystkie marzenia są osiągalne. Ale niektóre można osiągnąć w trochę zmienionej formie, a inne poświęcić aby zrealizować inne. Wyszukiwanie rozwiązań to trudna sztuka, ale niezbędna dla zdrowego życia. A gdy już znajdziemy rozwiązania, to lepiej abyśmy opierali go na solidnym fundamencie, bo inaczej wszystko może runąć i nie dosięgniemy do tego, czego pragniemy.

To tyle jeśli chodzi o moje filozofowanie. Mam nadzieję że odnajdziesz w tym praktyczny wymiar, który pomoże w porządkowaniu tej zagmatwanej układanki, którą nazywamy życiem. Pozdrawiam.

wtorek, 16 lutego 2010

Rozpalić mrok

Naszła mnie myśl... i chciałbym coś powiedzieć, ale moje myśli są wciąż tak chaotyczne i niepoukładane, że nie wiem od czego zacząć. Może moda będzie dobrym punktem wyjścia.

Jestem niemodny. Świat krzyczy swoje... znaczy moda, politycy, ludzie znający się na trendach. Wszyscy starają się narzucić swoją wolę tego jak ma być, jak ja powinienem wyglądać zachowywać się czy żyć. Cały ta cywilizacyjna kakofonia pozostaje w nieustannym stanie wojny z moim ja. Bo wiecie, mierzi mnie myśl że mógłbym poświęcić swoje życie dla takich błahostek jak pieniądz, sława, lans... jestem niemodny bo marzę o rzeczach większych, których ludzie nie rozumieją. Chcę być świetny, doskonały w tym co robię, ale nie chcę robić rzeczy, które są niepotrzebne, tylko dlatego że akurat są modne. Dostałem jedną szansę. Jedno życie. I chcę płonąć niczym pochodnia. Pragnę być światłem dla świata.

Jaabes wołał do Boga Izraela tymi słowy: Obyś mi prawdziwie błogosławił i poszerzył moje granice, oby ręka twoja była ze mną i obyś zachował mnie od złego, aby mnie ból nie dotknął. I Bóg spełnił jego prośbę.
1 KRN 4,10.


Pamiętając o tym co może Bóg, i o tym że dobre jest wrogiem doskonałego, chcę się dziś modlić o spełnienie moich marzeń. Abym całe moje życie zapłoneło.

środa, 27 stycznia 2010

Redefinicja grzechu

Kilka tygodni temu stanąłem przed nowym wyzwaniem. Zrozumiałem że ludzie nie rozumieją. A co za tym idzie, potrzebują zrozumieć. Dlaczego? Przede wszystkim – dla własnego dobra, bezpieczeństwa i spokoju. Dlaczego jeszcze? Bo Bóg chce aby zrozumieli. I dlaczego jeszcze? Dlatego że traktują Chrześcijan jak zacofanych bubków z klapkami na oczach. A więc czego nie rozumieją ludzie? Nie rozumieją czym jest grzech.

Strasznie lubią się tym bawić. Zwłaszcza ci, którym nie starcza sił albo odwagi by wierzyć. Krytykują chrześcijański kodeks postępowania i wydaje im się że nie robimy pewnych rzeczy bo boimy się Pana Boga. Najciekawszą skrajnością w jaka popadają jest ta, że z jednej strony mówią iż dekalog jest bez sensu, a z drugiej strony uwielbiają krytykować chrześcijan, którym ciężko się od przekraczania zasad powstrzymać. Powinni się cieszyć – przecież według ich filozofii, ci ludzie nie zrobili rzeczy bezsensownej.

Dlaczego tak trudno ludziom zrozumieć czemu nie robimy pewnych rzeczy, czemu trzymamy się zasad zawartych w dekalogu. Dlaczego po prostu staramy się nie grzeszyć. Odpowiedź jest prosta... nikt już nie widzi prawdziwego sensu słowa GRZECH. To ciut za stary termin. Ludzie go „nie czają”. Dlatego potrzebna jest nam re-definicja grzechu.

Jak jest powszechnie rozumiany grzech? Jako przekraczanie bożych przykazań. No i to jest całkiem dobra definicja. Tyle że mało kto zadaje sobie pytanie „czym są boże przykazania” a zamiast tego zadają pytanie „po co mam ich przestrzegać”. A to drugie pytanie ma tylko sens gdy znajdziemy odpowiedź na pierwsze. Czym więc one są? Wielu powiedziałoby że są „stertą żydowskiego i chrześcijańskiego widzimisię, które tylko ograniczają moja wolność”. Tacy ludzie zazwyczaj nie maja pojęcia czym jest wolność. Bo możliwość robienia tego co się chce to nic innego jak pozostawanie w niewoli własnego ego. A możliwość dokonania wyboru to tylko chwila, która może zadecydować o tym czy poczujesz się wolnym, czy nie.

Przykazania to nie widzimisię Pana Boga. To coś więcej. A prawdziwe znaczenie dekalogu można odnaleźć czytając Eklezjastes, Księgę Przysłów i Psalmy. Te księgi mówią o mądrości. O tym jak żyć mądrze... żyć tak aby niczego nie brakowało, mieć szczęśliwy dom i rodzinę. Mówią o prowadzeniu, trosce, roztropności... mówią jakich wyborów dokonywać w życiu aby to życie było pełne satysfakcji. I wiecie czego można się nauczyć z tych ksiąg? Tego że grzech ma jeden wspaniały synonim. Jest nim słowo „głupota”.

Powiedz mi że przestępstwo jest rozsądne. Albo cudzołóstwo. Albo kłamstwo. Która z tych rzeczy, gdy ją popełnisz nie zaowocuje z czasem przykrymi konsekwencjami? Może nie za pierwszym razem. Ale może za trzecim lub czwartym. Albo jeszcze później. Tak to jest z głupotą. Pozwolisz sobie na małą głupokę i nie zorientujesz się nawet a staniesz się wielkim głupcem! Twoje życie się poplącze, będziesz się borykał z policją, kochankami, alimentami, alkoholem i kto wie czym jeszcze. Ale to twój wybór.

Ja nie grzeszę nie dlatego że boję się Pana Boga. Bo gdyby to było tylko widzimisię to pewnie olałbym cały ten dekalog jak większość ludzi wokół. Ale dostrzegam w tym prawdziwy rozsądek, prawdziwą mądrość. Nie grzeszę bo nie jestem głupi. I nie chcę się stać głupcem.

czwartek, 21 stycznia 2010

Nawet śmierć ustąpi...

A teraz pogadajmy o miłości... Że co... że znowu? To ważny temat. Trzeba go na co dzień odświeżać, odnawiać. Tak aby mieć codziennie nowe spojrzenie na świat... spojrzenie które jednocześnie jest miłością i które szuka miłości.

Ktoś ostatnio zmarł... dwie osoby... ten post jest dedykowany trójce braci, którzy już dawno temu stracili ojca. A w ostatnich dniach przyjaciela i opiekuna w jednej osobie oraz mamę. Chłopaki nie płaczą... dobry żart... czasem trzeba.

Czasem trudno zrozumieć czym jest miłość. Mówimy o niej: zakochanie to miłość. Albo w ostatnim czasie: seks to miłość. To jest tak WIEEELKIE nieporozumienie... Nie zrozumiesz czym jest miłość gdy będziesz myślał takimi kategoriami. A miłość tak naprawdę to... to moc, która sprawia że czasem płaczemy. Nawet ci najtwardsi płaczą jeśli kochają. A gdy płaczemy, to przez te łzy potrafimy dostrzec że miłość jest w nas. Chociaż czasem ją tłumimy, mówimy sobie: miłość jest dla słabeuszy... ja nie kocham. Jeśli płaczesz to kochasz. To dobry wyznacznik chociaż może nie najprzyjemniejszy.

A co do śmierci... to z nią jest tak jakby ktoś zawiesił zasłonę. I wiesz że jeśli przejdziesz na tamtą stronę, to już nie wrócisz. Jak ktoś tam przejdzie to już go nie zobaczysz ani nie usłyszysz. Ale nie jest końcem. Za zasłoną coś jest! Inaczej musiałaby to być przepaść a nie zasłona. I nic się nie przedostanie przez tą zasłonę... ani w jedną ani w drugą stronę! Nic!

Tylko miłość. Tylko ona potrafi ją rozedrzeć! Przejść na drugą stronę przenosząc tam naszą tęsknotę, rodząc wiarę że tam jest już tylko lepiej... Więc kochajcie! Przedzierajcie się na tamtą stronę we łzach i tęsknocie i patrzcie jak miłość rośnie w was! Zrozumcie jak jest ważna i chłońcie ją! A potem, gdy odczujecie pocieszenie, zapamiętajcie tą miłość. I dajcie ją innym póki jesteście po tej stronie zasłony. Może waszym najbliższym... może jakimś nieznanym dzieciom, które codziennie wygrzebują ze śmietnika kubki z KFC na darmowy napój... może starszej pani, której jest teraz zimno (ciężką mamy zimę, prawda?) a wam się akurat ostało 50 zeta na kurtkę z secondhandu... nie bójcie się kochać...

Bo miłość się przedrze przez każdą zasłonę... nie tylko bólu, biedy czy samotności... ale nawet przez zasłonę śmierci.

Grzesiek, Piotrek, Paweł... trzymajcie się. Modle się za Was.





PS. I wybaczcie mi że tak późno napisałem tego posta. Miałem to zrobić dużo wcześniej... nie mam żadnego usprawiedliwienia dla siebie.

niedziela, 3 stycznia 2010

Sylwester z ogniem w kominku i wodospadem w sercu

Płomienie w kominku zawsze mnie uspokajały. I chociaż nie mam u siebie w domu kominka, marzę że będę go miał w przyszłości. Że będę mógł godzinami wpatrywać się w jego płomienie i chwytać inspirację do życia. Dokładnie taką jak w sylwestra i nowy rok.

Naprawdę poczułem się jak nowo narodzony. Spędziłem dwa dni w niewielkim domku, razem z dwójką przyjaciół i moją ukochaną. Czas nam minął na witaniu nowego roku, jedzeniu śniadań o 13:00, graniu w Agricole, stukaniu na PS2 w różne gry. Słowem: relaks. A w międzyczasie były spotkania noworoczne i rozmowy. Z ludźmi i Bogiem.

Baptyści mają swoistego rodzaju zboczenie na punkcie ewangelizacji za pomocą fragmentu z 3 rozdziału ewangelii Jana. Fragmentu o nowym narodzeniu. W swoim kościele słyszałem to tak wiele razy... A jednak w ostatnich dniach te słowa odświeżyły i uspokoiły moją wiarę. Usłyszałem je w Jezus Jest Panem – charyzmatycznym kościele spotykającym się w centrum Warszawy. Usłyszałem je nie od pastora (ten tylko wyzwalał rzeki:P – wtajemniczeni wiedza o co chodzi), lecz od jego bezpośredniego przełożonego. Mojego zresztą też...

Każdy człowiek musi narodzić się dwa razy. Za pierwszym razem rodzi się do życia w ciele. Za drugim, do życia w duchu. Dla niektórych jest to nie do pojęcia. Ale Bóg właśnie taką drogę dla nas wybrał. Gdy już odkryjesz że oddychasz, czujesz głód i chłód, dostrzegasz barwy i ludzi... wtedy wydaje ci się że już wiesz wszystko o życiu. Ale życie zaczyna się dopiero gdy pozwolisz aby bicie twojego serca było rytmem dla symfonii duchowego życia, a nie melodią samą w sobie. Zrozumiałem to na nowo gdy zdałem sobie sprawę z tego że zaśmieciłem swoje życie duchowe zbyt dużą liczbą cielesnych narkotyków. Człowiek mało myśli o swoim duchu gdy wokół siebie ma wystarczająco dużo „rozpraszaczy”. Rozpraszacze są niesamowitym wynalazkiem. Przecież wszystko może być ważniejsze niż spotkanie z Bogiem, karmienie swojego ducha Słowem, modlitwa za przyjaciół czy za siebie. A prawda jest taka, że nic nas w tym życiu nie minie. Doczekamy się wszystkiego, co Bóg nam zaplanował. Bóg wie czego na trzeba – jedzenia, przyjaciół, ukochanej osoby, zasobów takich jak komputer, auto, pieniądze. Dla człowieka powinno być najważniejsze skupienie się na Bogu, na Jego planach, na żywieniu swojego ducha (który „umrze” jeśli zostawimy go bez opieki). Reszta przyjdzie sama. Z Jego inicjatywy. Tyle że w swoim czasie.

Patrząc na życie ludzi, którzy pozamykali się w swoich luksusowych klatkach i gonią za każdą potrzebą ciała, robi się przykro. Oszukani przez własne zmysły, niezdolni aby wytworzyć duchową percepcję. To wcale nie jest życie. Ono powinno być jak wodospad. Pełne świeżości wynikającej ze zdrowej relacji ze Stwórcą, ze zdrowia duchowego. Spontaniczne, chaotyczne ale zawsze z happy endem... bo w końcu pełne Jego mądrości, unikania zła i głupoty. Wodospad nie tylko jest symbolem świeżości, spontaniczności, ducha i piękna. Wodospad niesie hektolitry wody. A woda, wszędzie gdzie popłynie, niesie życie.

W tym nowym roku życzę wszystkim moim czytelnikom spełnienia marzeń... tych w Panu. Osiągnięcia wyżyn duchowego życia. A tym z was, którzy nie wierzą, życzę abyście narodzili się po raz drugi.

niedziela, 22 listopada 2009

Zapałka i zima

Zapałka otarła się iskrą o siarkę na pudełku i zapłonęła. Włożyłem ją do wnętrza latarni aby ogrzać mój mały pokój pomarańczowym światłem. Kocham takie światło. Kocham patrzeć jak mieni się w oknach mojej latarni morskiej – takiej małej, na świeczki, którą kupiłem w Kołobrzegu na wakacjach. Mój iMesh właśnie odpalił piosenkę Enyi pod tytułem „And Winter Came” a z otwartego okna popłynęło na moja twarz chłodne, przyjemne powietrze. Zgasiło ono tlącą się jeszcze zapałkę i orzeźwiło mą twarz. Poczułem się błogo. Już dawno nie odczułem czegoś takiego. Absolutny spokój i zero zmartwień... chociaż przez moment. Przymykając okno mimowolnie uniosłem oczy ku niebu. Chciałem podziękować Bogu za to uczucie. Za łaskę którą okazał mi dając życie. Tak wielu ludzi nie dostrzega że to łaska... zatroskani o siebie, o bliskich, o sprawy dnia dzisiejszego... przestraszeni agresją w domu, chłodem powietrza... Dlaczego ja nie potrafię odczuwać dziś niepokoju? Tak mi dobrze. I gdy tak patrzyłem w niebo, zostałem zahipnotyzowany przez magię gwiazd.

Jeszcze wczoraj byłem pełen zmartwień. Dziś jest mi głupio i zrozumiałem że mogłoby wydarzyć się wszystko! W końcu życie jest łaską. Trzeba je brać takim, jakim je dostaliśmy. Trzeba się nauczyć patrzeć na nie bożymi oczyma. Nie ważne czy martwimy się bo sami coś zrobiliśmy źle czy nie mamy wpływu na przyczynę bólu, który nas dotyka.

Modlę się za moją rodzinę, wiem że przeżywa teraz ciężkie chwile. Modlę się za moją ukochaną, wiem że coraz trudniej jej znosić napiętą atmosferę w domu. Modlę się o przyjaciela ze złamanym sercem. Modlę się dla nich o ukojenie... o błogość jaką ja przeżywam teraz.

Miałem wizję. Widziałem jak brudną i mokrą ziemię, pełną błota i śmieci przykryła warstwa białego i zimnego śniegu. A na wiosnę spod tego śniegu wybiły się kwiaty. I zaświeciło słońce.

Modlę się... o zimę.

piątek, 13 listopada 2009

Bajka tylko dla rodziców...

Był sobie pewnego razu podróżnik. I jak oni wszyscy - wiele podróżował. Nosił na plecach potężny i ciężki plecak w którym trzymał wszystko, co było mu potrzebne do życia. Miał tam namiot, jedzenie, kompas i mapę. Miał też scyzoryk, sztućce i garnuszek. Upchnął w nim nawet swojego ulubionego misia. I tak obładowany chodził od kraju do kraju. Chodził bo miał taką wizję... wędrówka była jego życiem. Choć można by rzec bardziej filozoficznie i zarazem trafnie że jego życie było wędrówką.

Podróżnik ów zwiedził wiele krain. Był w Niemczech i Francji. Był w Anglii, Stanach Zjednoczonych. Był też w Azji i w Australii. Ale najdziwniejsza przygoda zdarzyła mu się zupełnie w innym miejscu. Było to wtedy, gdy ów podróżnik zawędrował na pustynię. Że był silny i odważny, zaparł się w swoim sercu i postanowił przejść ją całą. I chociaż wielu ludzi powiedziało że był to błąd, podróżnik nie miał wyboru. W życiu już tak bywa że trzeba czasem przejść przez jakąś pustynię. Czasem malutką, czasem wielką, a czasem naprawdę gigantyczną, której końca nie widać przez wiele, wiele dni.

Ta pustynia okazał się być tą gigantyczną. Podróżnik szedł dzielnie i wytrwale. Ale wkrótce sił zaczynało mu braknąć. Jego plecak stał się bardzo ciężki. I nawet zaczął wyrzucać z niego pewne, niepotrzebne graty, ale nie mógł się pozbyć wszystkiego. Tam było wiele rzeczy, które warunkowały jego przeżycie. I wówczas na jego drodze stanął Pan Jezus. Prowadził ze sobą osiołka.
- Dzień dobry - przywitał podróżnika.
- Dzień dobry - odpowiedział.
- Co słychać podróżniku.
- O Panie Jezu, moje życie stało się ciężkie przez tą pustynię. Jest tak parno, mój plecak jest wielki i w dodatku zgubiłem drogę. Nie wiem jak dojść do kresu pustyni. Muszę przyznać że już zacząłem wątpić w Twoją dobroć.
- Nie bój się podróżniku - odpowiedział Pan Jezus. - To ja cię tu przywiodłem i teraz chcę ci pomóc przez to przejść. Weź tego osiołka. Pomoże ci nieść twój bagaż. Weź go więc i ruszaj. Pamiętaj tylko aby go nie przeciążać i żeby dawać mu wody.
- Dziękuję Panie Jezu.
I rozstali się. Podróżnik ruszył z osiołkiem w dalszą drogę. Początkowo nie chciał go obarczać swoim ekwipunkiem. Sam go niósł a osiołek spacerował obok niego. Wreszcie stwierdził jednak że plecak jest za ciężki a pustynia za wielka i nałożył na plecy osiołka mały worek. Po kilku dniach wędrówki kolejny. A potem jeszcze kolejny i kolejny. Wreszcie osiołek niósł wielki bagaż - równie wielki jak podróżnik. Jednak zwierzątko nie było tak silne i tak doświadczone jak podróżnik i ciężar szybko okazał się za wielki. Osiołek przystanął. Podróżnik pociągną go mocniej i rzekł:
- Dalej osiołku! Naprzód.
Osiołek ruszył. Ale niedługo potem przystanął ponownie i rozpaczliwie zakwilił. Chciał powiedzieć "nie mam siły". Ale podróżnik go nie zrozumiał. Pociągnął go mocniej, zaklął przy tym i osiołek ruszył. Sytuacja powtórzyła się ponownie po jakimś czasie. A potem po raz kolejny i kolejny. Podróżnik tracił cierpliwość. Do pustyni, życia i wszystkiego wokół. Więc zaczął krzyczeć na osiołka.
- Czemu mi nie pomagasz! Jeszcze wszystko utrudniasz! Bierz bagaż i do przodu! No ośle, rusz się!
Osiołek kwilił i piszczał. Nie miał siły iść dalej. Chciał odpocząć, chciał przerwy. To by mu wystarczyło aby iść dalej. Ale podróżnik dalej krzyczał i poganiał. Wreszcie osiołek ruszył. Przeszedł dwa kroki i padł martwy na piasek. Podróżnikowi zrobiło się bardzo smutno. Nawet zapłakał nad osiołkiem. A zaraz potem spojrzał na horyzont i zobaczył kres pustyni. Zebrał swoje bagaże i ruszył. A gdy doszedł do drzew i cienia, usiadł pod jednym z nich i bardzo pożałował że nie dał osiołkowi odpocząć, lub że nie wziął od niego bagażu jako bardziej doświadczony wędrowiec. Wówczas razem doszliby do kresu pustyni. A tak, został sam.

Potem zawędrował do niewielkiego kraju zwanego Polską. Znalazł tam ubogą rodzinę. I zobaczył jak mama i tata krzyczą przed domem na swojego dorastającego syna.
- Czemu nam nie pomagasz! Jeszcze wszystko utrudniasz! No ośle, rusz się!
- Ja nie mam siły! Musze odpocząć! - odpowiedział młodzieniec.
I dopiero wtedy podróżnik zrozumiał jak mądry i kochany jest Bóg.


Czasem trudno być rodzicem, prawda? Czasem się okazuje że całe nasze życie jest za ciężkie i że potrzebujemy pomocy. A gdy nasza pomoc się zjawia i dorasta tak że nadaje się do pomocy, zaczynamy traktować ją jak niewolników. Nie prawda? No jasne. Najłatwiej powiedzieć że pomoc nic nie robi, że się tylko obija, bawi kiedy wokół nas życie... po prostu nas przerasta. Nic nie robi? Olewa? Więc wyrzuć swoją pomoc z domu na jeden tydzień! I wtedy oceń czy naprawdę nic nie robi! Czy nie jest potrzebna. Czy razisz sobie z tymi wszystkimi drobnymi sprawami, które składają się na bagaż na twoich plecach. Poza tym, doświadczony i zahartowany podróżniku... kiedy ostatnio twój pomocnik odpoczął? Kiedy dałeś mu wody? A kiedy ostatnio dałeś mu wskazówkę jak dalej iść? I kiedy ostatnio poklepałeś go po ramieniu i stwierdziłeś "dobra robota!" A może jesteś z tych bezlitosnych krytykantów którzy tylko wymagają i wytykają błędy? I jak myślisz? Ile jeszcze tówj pomocnik zniesie?

Bóg uczy prawa. Stawia przed nami wymagania. Opracował aż (o zgrozo!) dziesięć zasad! I naturą starego przymierza, opartego wyłącznie na prawie, były wymagania. Naturą nowego przymierza, zapoczątkowanego przez Jezusa Chrystusa, jest ŁASKA. Takie trudne słowo. Zwłaszcza do przełknięcia. Jak często zdarza nam się mówić: bez łaski! I jak długo będziemy to mówić, tak długo będziemy też odrzucać miłość samego Boga. Pierwszym krokiem jaki musisz zrozumieć to fakt, ze WSZYSTKO masz z łaski. To że oddychasz, to że śpisz, że możesz pracować, że masz siłę, że masz jeszcze odrobinę kasy w portfelu, że masz dzieci i rodzinę... To wszystko łaska. Zbawienie też jest z łaski, nie zasłużyłeś na nie. Naucz się więc akceptować łaskę albo skończysz w piekle (Efez. 2,8-9).

Wiesz czym jest łaska? To niezasłużona przychylność. To tak jakby ktoś postawił przed tobą prawo (nie zabija, nie kradnij itp.) albo postawił wymaganie (przejdź przez pustynię) a potem uzdolnił cię abyś podołał tym wymaganiom (np. powiedział że przeszłe upadki się nie liczą lub dał osiołka aby Ci było łatwiej na pustyni). Łaska to niezasłużona przychylność.

Nie ma łaski w stawianiu wymagań. Nie ma łaski w opieprzaniu, wytykaniu błędów. I nie ma miłości bez łaski. A co za tym idzie, nie ma rodziny bez miłości. Jest tylko niewolnictwo, ciężka praca, walka o kolejny dzień i narzekanie. Jest tylko ból i pretensje.

Jak wygląda Twój dom? Jest w nim rodzina czy niewolnictwo? Jest w nim miejsce dla wzajemnej łaski i miłości czy tylko dla wymagań i rozliczania się z obowiązków? Jest w nim miejsce dla Boga czy tylko Jego obrazek na ścianie i zakurzona Biblia na półce... Jesteście jeszcze rodziną?